Przygoda z tą artystką rozpoczęła się u mnie niedawno. Znałem pojedyncze piosenki usłyszane w radio czy w TV, lecz pierwszą płytą przesłuchaną w całości było "Miłość, Uwaga, Ratunku, Pomocy" nagrane wspólnie z Hey. Potem [w kolejności stykania się] było MTV Unplugged porywające mnie bogatą aranżacją. Niedawno wydana "8" zaintrygowała tytułem, okładką, reklamą i samą przecież tak barwną artystką. Łączy w sobie wiele elementów gitarowych, ale wszystko ubrane jest w szykowną inteligentną elektronikę z dodatkami instrumentów dętych.
Co do singla pt. "Nomada", to spodobał mi się niesamowicie już po pierwszym usłyszeniu. Utwór zbudowany o tyle ciekawie że w każdej części dochodzi detal aranżacyjny który wywraca akcenty rytmiczne do góry nogami, i tak mamy na początku pałeczki które nawet niewprawne uszy skłaniają do wysłania sygnału do mózgu by ten zaczął rytmicznie stukać nogą... ale nagle dochodzi fortepian który odrobinę przesuwa mocną część. Wokal dostosowuje się właśnie do dźwięku fortepianu by w drugiej zwrotce znów przeskoczyć o ułamek taktu do synth-kicka wyznaczającego nowy rytm. Końcówka to kolejny temat ślizgający się jak wąż między ułożoną wcześniej strukturą. Całość pozytywnie muzycznie zakręcona, kryje mocny gorzki tekst okraszony hm... wyrazistym teledyskiem.
Innymi momentami godnymi uwagi są "Ulala", która pierwszymi dźwiękami zasugerowała mi Lady Gagę. Znów warto zwrócić uwagę na metrum i momenty wejścia tematów. Egzystencjalne pytania półretoryczne zadaje utwór "Kto" - smutna lecz również w pewnym sensie podniosła ballada na gitarę. Mocny stały rytm i znakomite instrumenty dęte blaszane charakteryzują energiczne jive'owe "Ziarno". Album zamyka pogodny, okraszony instrumentami drewnianymi utwór "O lesie".
Podsumowując, płyta inteligenta, trochę wytykająca, lecz nastraja pozytywnie i mimo głębi tekstów skłania do rytmicznego stukania nogą a nawet do tańczenia.
To miejsce na wszystkie moje muzyczne doznania, usłyszane, przesłuchane i odczute. To próba przekazania jak postrzegam muzykę i co we mnie ona wywołuje, jakie budzi skojarzenia. Recenzje płyt inaczej, by dać upust mojej szalonej psychice muzycznej
poniedziałek, 21 listopada 2011
sobota, 19 listopada 2011
Anna Maria Jopek - Haiku
Brata Sobremesy i Polanny mam już od jakiegoś czasu i muszę szczerze przyznać, że po przeżyciach dwóch poprzednich, ta płyta trochę mnie przerasta. Nie wiem czemu ale brzmi mi zimą. Może przez przejrzyste dźwięki fletu, może przez aranżacje, może przez same piosenki. Nie wiem. Sama warstwa melodyczna jest bardzo profesjonalna i precyzyjna, lecz Haiku ma momenty, nad którymi muszę przejść.
Instrumentalne "Yoake" już od pierwszych dźwięków przywiodło mi właśnie ten zimowy nastrój. Utwór łagodnie kończy się pięcioma nutami, które jako ostinato towarzyszą nam przez cały drugi utwór "Hej przeleciał ptaszek" [tak naprawdę granica między nimi jest umowna]. Mimo lekkiej harmonii utrzymanej w większości w złamanych akordach akordach durowych sama piosenka jest smutna. Wystarczy posłuchać tekstu. Jazzowy fortepian jest tu raczej oszczędny, ale to chyba lepiej, że nastrój płyty jest wprowadzany nieśpiesznie.
Piękny moment stanowi "Dolina". doskonale zharmonizowane głosy znów śpiewają smutne słowa o porzuceniu. Ale temat zaraz po nich doskonale podkreśla ich charakter. Utwór kończy się zbyt szybko. Czuję niedosyt :(. Lecz zaraz pojawia się mocny rytm i zadziorny głos bo przyszedł czas na skoczny "Oberek". Mocny wstęp to jedynie przedsmak fortepianowego szaleństwa w środkowej części. Mając w pamięci jak płyta była nagrywana jestem pod ogromnym wrażeniem. Dla mnie w utworze zespół uchwycił istotę jazzu - improwizację, odwagę, otwartość, uważność, perfekcję. Utwór zamyka temat, który słyszeliśmy jako wstęp co zamyka muzycznie kompozycję.
"Biel" lubiłem od czasu gdy tylko usłyszałem ją na "Upojeniu" [Notabene znów temat zimowy]. Ale w tej aranżacji brzmi bardziej śnieżnie, bardziej biało, bardziej uczuciowo. Porównując obie wersje wyczuć można bardziej dojrzały głos Anny, który jak portugalskie wino z czasem coraz lepszy. Wersja "Bieli" z Patem wydaje mi się cieplejsza, ponieważ wersja z Makoto jest jakby śpiewana na powietrzu, pod niebem sypiącym białym puchem, pod latarniami rzucającymi przymglone przez śnieg światło, ślizgjąca się na zamarzniętych kałużach - jak spacer pod pierwszym śniegiem. Ma swój urok - ja chyba wolę ciepło kominka... ale taki spacer to wspaniała rzecz. :).
Chyba jeszcze nie miałem odpowiedniego nastroju by przesłuchać całe "Do Jo Ji". Ponadto wzbudza we mnie pewien niepokój. Bo o ile fortepian brzmi intrygująco, to jednak fletnia rozprasza i trochę zaburza... Czyli innymi słowy nie wiem gdzie ucho zwrócić. Niesamowicie podoba mi się natomiast aranżacja "O mój rozmarynie". Inna sprawa że uwielbiam ten utwór sam w sobie, to jednak muzykom udało się włożyć uczucia w formie dźwiękowo muzycznej. Dlatego utwór brzmi prawdziwie, jest zgodny od pierwszej do ostatniej sekundy. Kulminacją jest trzecia część, z mocnym akcentowaniem, werblem i przejmującą końcówką w wykonaniu AMJ.
Temat "Pandora" przemawia do mnie bardziej niż "Do Jo Ji" znów momentami potrafi wzbudzić niepokój, ale nastroje wynikają z siebie, jest między nimi ciągłość. Lubię go słuchać w kompletnej wieczornej samotności bo pomaga rozmyślać, zagłębić się. Zaraz po "Pandorze" następuje kolejny fragment instrumentalny. Bębnowo-perkusyjne "Dobro" znów intryguje rytmem, i frazami tym razem perkusyjnymi... Ciekawa koncepcja, z którą do tej pory spotkałem się raczej wydaniu szkolnych amerykańskich orkiestr gdzie solówka perkusyjna była jednym z głównych mocnych punktów. Co ciekawe utwór naturalnie przeradza się w znajomą "Cyraneczkę" aranżacyjnie bliską wersji z "Faratu". Tutaj jednak muszę przyznać się bez bicia, że to wersja z "Faratu" będzie u mnie wyżej. Żeby nie było - to wykonanie ma w sobie inne szaleństwo i inną historię, i muszę przyznać że porywa mnie fortepian Ozone, ale tak czy inaczej wierny będę "Cyraneczce" z "Faratu".
Kolejny mocny punkt płyty to "Kujawiak" - po zwariowanej "Cyraneczce" jest kojącym zwolnieniem. AMJ brzmi bardzo wdzięcznie śpiewając w dolnym rejestrze. Prosta harmonia i prosty tekst i akompaniament jedynie fortepianu nadają lekkości i poczucia odpłynięcia. Płytę zamyka znów temat instrumentalny - "Yuugure". Znów zimny i przestrzenny, trochę ostry. Warto puścić tryb "pętla" żeby zobaczyć że stanowi całość z "Yoake".
Nie lubię zimy. Wcale a wcale. Lubię święta, lubię narty, ale zimy jako takiej nie. Ta płyta brzmi zimowo więc może dlatego nie mogę się do niej przekonać, tak jak bym chciał. Podobają mi się pewne momenty i aranżacje, lecz żeby słuchać płyty bez wytchnienia dla odtwarzacza, to nie... Może jeszcze nie. Płyta moim zdaniem dla wytrwałych, i lubiących zimę [może jak już spadnie śnieg i ja polubię ją bardziej].
Instrumentalne "Yoake" już od pierwszych dźwięków przywiodło mi właśnie ten zimowy nastrój. Utwór łagodnie kończy się pięcioma nutami, które jako ostinato towarzyszą nam przez cały drugi utwór "Hej przeleciał ptaszek" [tak naprawdę granica między nimi jest umowna]. Mimo lekkiej harmonii utrzymanej w większości w złamanych akordach akordach durowych sama piosenka jest smutna. Wystarczy posłuchać tekstu. Jazzowy fortepian jest tu raczej oszczędny, ale to chyba lepiej, że nastrój płyty jest wprowadzany nieśpiesznie.
Piękny moment stanowi "Dolina". doskonale zharmonizowane głosy znów śpiewają smutne słowa o porzuceniu. Ale temat zaraz po nich doskonale podkreśla ich charakter. Utwór kończy się zbyt szybko. Czuję niedosyt :(. Lecz zaraz pojawia się mocny rytm i zadziorny głos bo przyszedł czas na skoczny "Oberek". Mocny wstęp to jedynie przedsmak fortepianowego szaleństwa w środkowej części. Mając w pamięci jak płyta była nagrywana jestem pod ogromnym wrażeniem. Dla mnie w utworze zespół uchwycił istotę jazzu - improwizację, odwagę, otwartość, uważność, perfekcję. Utwór zamyka temat, który słyszeliśmy jako wstęp co zamyka muzycznie kompozycję.
"Biel" lubiłem od czasu gdy tylko usłyszałem ją na "Upojeniu" [Notabene znów temat zimowy]. Ale w tej aranżacji brzmi bardziej śnieżnie, bardziej biało, bardziej uczuciowo. Porównując obie wersje wyczuć można bardziej dojrzały głos Anny, który jak portugalskie wino z czasem coraz lepszy. Wersja "Bieli" z Patem wydaje mi się cieplejsza, ponieważ wersja z Makoto jest jakby śpiewana na powietrzu, pod niebem sypiącym białym puchem, pod latarniami rzucającymi przymglone przez śnieg światło, ślizgjąca się na zamarzniętych kałużach - jak spacer pod pierwszym śniegiem. Ma swój urok - ja chyba wolę ciepło kominka... ale taki spacer to wspaniała rzecz. :).
Chyba jeszcze nie miałem odpowiedniego nastroju by przesłuchać całe "Do Jo Ji". Ponadto wzbudza we mnie pewien niepokój. Bo o ile fortepian brzmi intrygująco, to jednak fletnia rozprasza i trochę zaburza... Czyli innymi słowy nie wiem gdzie ucho zwrócić. Niesamowicie podoba mi się natomiast aranżacja "O mój rozmarynie". Inna sprawa że uwielbiam ten utwór sam w sobie, to jednak muzykom udało się włożyć uczucia w formie dźwiękowo muzycznej. Dlatego utwór brzmi prawdziwie, jest zgodny od pierwszej do ostatniej sekundy. Kulminacją jest trzecia część, z mocnym akcentowaniem, werblem i przejmującą końcówką w wykonaniu AMJ.
Temat "Pandora" przemawia do mnie bardziej niż "Do Jo Ji" znów momentami potrafi wzbudzić niepokój, ale nastroje wynikają z siebie, jest między nimi ciągłość. Lubię go słuchać w kompletnej wieczornej samotności bo pomaga rozmyślać, zagłębić się. Zaraz po "Pandorze" następuje kolejny fragment instrumentalny. Bębnowo-perkusyjne "Dobro" znów intryguje rytmem, i frazami tym razem perkusyjnymi... Ciekawa koncepcja, z którą do tej pory spotkałem się raczej wydaniu szkolnych amerykańskich orkiestr gdzie solówka perkusyjna była jednym z głównych mocnych punktów. Co ciekawe utwór naturalnie przeradza się w znajomą "Cyraneczkę" aranżacyjnie bliską wersji z "Faratu". Tutaj jednak muszę przyznać się bez bicia, że to wersja z "Faratu" będzie u mnie wyżej. Żeby nie było - to wykonanie ma w sobie inne szaleństwo i inną historię, i muszę przyznać że porywa mnie fortepian Ozone, ale tak czy inaczej wierny będę "Cyraneczce" z "Faratu".
Kolejny mocny punkt płyty to "Kujawiak" - po zwariowanej "Cyraneczce" jest kojącym zwolnieniem. AMJ brzmi bardzo wdzięcznie śpiewając w dolnym rejestrze. Prosta harmonia i prosty tekst i akompaniament jedynie fortepianu nadają lekkości i poczucia odpłynięcia. Płytę zamyka znów temat instrumentalny - "Yuugure". Znów zimny i przestrzenny, trochę ostry. Warto puścić tryb "pętla" żeby zobaczyć że stanowi całość z "Yoake".
Nie lubię zimy. Wcale a wcale. Lubię święta, lubię narty, ale zimy jako takiej nie. Ta płyta brzmi zimowo więc może dlatego nie mogę się do niej przekonać, tak jak bym chciał. Podobają mi się pewne momenty i aranżacje, lecz żeby słuchać płyty bez wytchnienia dla odtwarzacza, to nie... Może jeszcze nie. Płyta moim zdaniem dla wytrwałych, i lubiących zimę [może jak już spadnie śnieg i ja polubię ją bardziej].
środa, 26 października 2011
Anna Maria Jopek - Polanna
Trzypłytowego wydawnictwa ciąg dalszy. Po moim prywatnym sukcesie Sobremesy miałem do wydania ostatnie 40 zł jakie miałem. Stanąłem przed dylematem Polanna czy Haiku. Haiku kusiło mnie swoją sławą doskonałości i nietypowego połączenia, Polanna natomiast bliskimi sercu klimatami. Stałem więc przed półką i patrzyłem jak głupi... W końcu zdecydowałem, że Haiku zostawię na koniec i wybrałem tym samym Polannę. I nie znając jeszcze klimatu Haiku mogę stwierdzić, że bardzo czekałem na Polannę... bardzo mocno. Jakże odnajduję się w tej muzyce! Podobnie jak na Sobremesie, czuję że ta muzyka gdzieś dojrzewała bardzo długo, odnajduje pewne rozwiązania epizodycznie pojawiające się na poprzednich płytach, jakieś małe niuanse, które teraz mogą znaleźć swoją część wspólną i pełny wydźwięk.
Płyta rozpoczyna się bardzo delikatnie. Niczym jasna poświata poranka, muskają uszy pierwsze dźwięki "Kiedy ranne wstają zorze". Temat znany z kościołów i kaplic AMJ ubrała w piękną muzyczną oprawę. Początek jest jak pierwsze chwile po obudzeniu, jeszcze pół na jawie pół we śnie niczym delikatne nieśpieszne rozpoczęcie dnia. Ta część jest prawie dokładnym tematem pieśni. Potem następują dwie wariacje. Pierwsza smutna, podniosła, poruszająca, ze złamaniem klasycznej harmonii, trochę przypomina nastrojem końcówkę "Wszystkich cnót" z Faratu. Druga radosna, skoczna, zakrzątana, niczym pierwsze promienie słońca, poranny pośpiech, ale i gotowość na wyzwania nowego dnia.
Drugi utwór to "Uciekaj, uciekaj". Zaaranżowany w bardzo ciekawy sposób. Pierwsze nuty są jeszcze w grzecznym metrum na 4, by po chwili przeobrazić się w niepokorne, buntownicze 5/4. Dzięki takiemu zabiegowi udało się zmieścić w tej piosence estetykę jazzu obok przestrzennych górskich tematów. Całość jest wypełniona znakomitym akompaniamentem i zadziornymi chórkami. Podoba mi się harmoniczne opracowanie zwrotek, przez co utwór zyskuje lekkości i ciekawości.
"Laura i Filon" to temat zaczerpnięty od Karpińskiego. Od razu dałem się uwieść nastrojowi ciepłego wieczoru przepełnionego wonią wieczornych kwiatów, i świeżości wieczornej rosy. Miękka wokaliza Filona-Soyki bardzo ładnie wkrada się w słowa przygotowującej się do wyjścia pięknej Laury [notabene i tak już spóźnionej :)]. Końcówka przywodzi mi na myśl spojrzenie dwojga ukochanych - Laura wdzięcznie spóźniona i Filon z lekkim rozbawieniem zapominający o tym...
"Rdzawe liście" muzycznie idealnie wpasowuje się w zaokienną pogodę jesieni. Odczuwam w tej piosence chłodny wiatr, i jesienny deszcz. Trochę przytłacza smutek przemijania [żaden z liści więcej już nie odrośnie na swym pniu poniesiony w chłodną dal nie powróci nigdy tu], przez co utwór nadal wydaje mi się chyba najcięższy w odbiorze na całej płycie
Osobliwie zaczyna się kolejna piosenka "Przychodź miły dzień już biały". Nawet gdybym nie wiedział że to Moniuszko, na pewno bym go z nią związał. Aranżacja z wyobraźnią i powiedziałbym odwagą. Dodatkowo mocne chórki obok delikatnej partii solowej.
Wyborne połączenie tematów Chopina i pieśni "Dziś do Ciebie przyjść nie mogę/Czerwone maki na Monte Cassino". Ania oddała całą żałość tych utworów i pięknie oprawiła muzycznie. Wokaliza na temat Maków może w niejednym poruszyć serce i wycisnąć łzę, lub choćby wzbudzić dreszcz. Natomiast w "Uwoż Mamo" podoba mi się nietypowa warstwa muzyczna, która trochę jakby pozostaje obok linii melodycznej, a jednak razem z nią tworzy spójną całość.
"Z tęsknoty. Kujawiak" To jeden z moich ulubionych punktów Polanny. Wiolonczela to mój ukochany pod względem brzmienia instrument... i jeszcze w tematach Wieniawskiego... ach. A już kompletnie rozkleiłem się przy śpiewie Ani... "Słyszę że jesteś tu, czuję Cię blisko..." ten tekst można odnieść do tak wielu znaczeń. Tęsknota za bliską osobą, która odeszła, tęsknota za kimś kto nie odwzajemnia naszych uczuć, w końcu tęsknota za Bogiem. Tak bogaty utwór a zaledwie 2 minuty 40 sekund. Niczym ukradkowe wyznanie.
"Poznałem dziewczyna" to na 100% moja ulubiona część. Z jednej strony rozpoczyna się spokojnie, tajemniczo, miłośnie... Ale to niepokojąco akcentowane metrum i instrumenty, które dołączają w trakcie już mówią, że coś się szykuje... I tu nagle od słów "Dobry wieczór miła..." zaczyna się dla mnie eksplozja muzyki i doskonałego zgrania. Część zagrana i zaśpiewana z pazurem, mocno, wielogłosowo, powiedziałbym nawet gorzko [co ma i uzasadnienie w tekście]... a zaraz świetne solówki na suce biłgorajskiej i akordeonie z jednej strony klasycznie ludowe, ale jednak mocno osadzone w nowoczesności. Partia akordeonu delikatnie kojarzy mi się ze stylistyką tango nuevo, ale to może tylko moje zboczenie... i końcówka, lekko wyprowadzająca z tej fali brzmień, klamrowo spinająca całe dzieło.
Instrumentalny "Suwany" na sukę i wiolo to temat lekko niepokojący, jakby lekko nietrzeźwy. W pewnym momencie nawet groźny... Lecz zaraz płynnie przechodzi w "Modlitwę gdy dziatki spać idą (Już się zmierzcha)". A w niej odczuwam nabożeństwo polifonii renesansu. Doskonałe odtworzenie czterogłosu Wacława z Szamotuł potwierdza tylko jak wybitnych muzyków mieliśmy i mamy w całej naszej historii.
"Oj lulaj lulaj" to kolejna z ulubionych. Po przesłuchaniu jej raz, odczułem niedosyt, więc przesłuchałem kolejno cztery razy i za każdym znów odkryłem coś innego. A po tych czterech razach temat tak mi się wrył, że już powstawały mi w głowie przeróżne wariacje i rozwinięcia. Kołysanka bo kołysanka, ale jakże inspirująca! :)
I znów płyta skończyła mi się za szybko... "Płonie ognisko i szumią knieje". Gdy dowiedziałem się że ten utwór pojawi się na płycie jakoś nie mogłem sobie wyobrazić fonicznie AMJ śpiewającej właśnie to... Ale byłem gotowy na niespodziankę... i oto ją dostałem. Utwór jest wyłącznie instrumentalny i zagrany przez Gonzalo Rubalcaba. Pełen przejęcia i doniosłości. Zwieńczenie godne takiej płyty. Trochę jak mistrzostwo "Polskich Dróg" w Upojeniu, ale tu jednak w innych emocjach.
I tak po kilkudziesięciu przesłuchaniach mogę śmiało rzec: Jeśli Polanna w założeniu miała przedstawić światu polską duszę muzyczną to ja jestem bezbrzeżnie dumny!
Płyta rozpoczyna się bardzo delikatnie. Niczym jasna poświata poranka, muskają uszy pierwsze dźwięki "Kiedy ranne wstają zorze". Temat znany z kościołów i kaplic AMJ ubrała w piękną muzyczną oprawę. Początek jest jak pierwsze chwile po obudzeniu, jeszcze pół na jawie pół we śnie niczym delikatne nieśpieszne rozpoczęcie dnia. Ta część jest prawie dokładnym tematem pieśni. Potem następują dwie wariacje. Pierwsza smutna, podniosła, poruszająca, ze złamaniem klasycznej harmonii, trochę przypomina nastrojem końcówkę "Wszystkich cnót" z Faratu. Druga radosna, skoczna, zakrzątana, niczym pierwsze promienie słońca, poranny pośpiech, ale i gotowość na wyzwania nowego dnia.
Drugi utwór to "Uciekaj, uciekaj". Zaaranżowany w bardzo ciekawy sposób. Pierwsze nuty są jeszcze w grzecznym metrum na 4, by po chwili przeobrazić się w niepokorne, buntownicze 5/4. Dzięki takiemu zabiegowi udało się zmieścić w tej piosence estetykę jazzu obok przestrzennych górskich tematów. Całość jest wypełniona znakomitym akompaniamentem i zadziornymi chórkami. Podoba mi się harmoniczne opracowanie zwrotek, przez co utwór zyskuje lekkości i ciekawości.
"Laura i Filon" to temat zaczerpnięty od Karpińskiego. Od razu dałem się uwieść nastrojowi ciepłego wieczoru przepełnionego wonią wieczornych kwiatów, i świeżości wieczornej rosy. Miękka wokaliza Filona-Soyki bardzo ładnie wkrada się w słowa przygotowującej się do wyjścia pięknej Laury [notabene i tak już spóźnionej :)]. Końcówka przywodzi mi na myśl spojrzenie dwojga ukochanych - Laura wdzięcznie spóźniona i Filon z lekkim rozbawieniem zapominający o tym...
"Rdzawe liście" muzycznie idealnie wpasowuje się w zaokienną pogodę jesieni. Odczuwam w tej piosence chłodny wiatr, i jesienny deszcz. Trochę przytłacza smutek przemijania [żaden z liści więcej już nie odrośnie na swym pniu poniesiony w chłodną dal nie powróci nigdy tu], przez co utwór nadal wydaje mi się chyba najcięższy w odbiorze na całej płycie
Osobliwie zaczyna się kolejna piosenka "Przychodź miły dzień już biały". Nawet gdybym nie wiedział że to Moniuszko, na pewno bym go z nią związał. Aranżacja z wyobraźnią i powiedziałbym odwagą. Dodatkowo mocne chórki obok delikatnej partii solowej.
Wyborne połączenie tematów Chopina i pieśni "Dziś do Ciebie przyjść nie mogę/Czerwone maki na Monte Cassino". Ania oddała całą żałość tych utworów i pięknie oprawiła muzycznie. Wokaliza na temat Maków może w niejednym poruszyć serce i wycisnąć łzę, lub choćby wzbudzić dreszcz. Natomiast w "Uwoż Mamo" podoba mi się nietypowa warstwa muzyczna, która trochę jakby pozostaje obok linii melodycznej, a jednak razem z nią tworzy spójną całość.
"Z tęsknoty. Kujawiak" To jeden z moich ulubionych punktów Polanny. Wiolonczela to mój ukochany pod względem brzmienia instrument... i jeszcze w tematach Wieniawskiego... ach. A już kompletnie rozkleiłem się przy śpiewie Ani... "Słyszę że jesteś tu, czuję Cię blisko..." ten tekst można odnieść do tak wielu znaczeń. Tęsknota za bliską osobą, która odeszła, tęsknota za kimś kto nie odwzajemnia naszych uczuć, w końcu tęsknota za Bogiem. Tak bogaty utwór a zaledwie 2 minuty 40 sekund. Niczym ukradkowe wyznanie.
"Poznałem dziewczyna" to na 100% moja ulubiona część. Z jednej strony rozpoczyna się spokojnie, tajemniczo, miłośnie... Ale to niepokojąco akcentowane metrum i instrumenty, które dołączają w trakcie już mówią, że coś się szykuje... I tu nagle od słów "Dobry wieczór miła..." zaczyna się dla mnie eksplozja muzyki i doskonałego zgrania. Część zagrana i zaśpiewana z pazurem, mocno, wielogłosowo, powiedziałbym nawet gorzko [co ma i uzasadnienie w tekście]... a zaraz świetne solówki na suce biłgorajskiej i akordeonie z jednej strony klasycznie ludowe, ale jednak mocno osadzone w nowoczesności. Partia akordeonu delikatnie kojarzy mi się ze stylistyką tango nuevo, ale to może tylko moje zboczenie... i końcówka, lekko wyprowadzająca z tej fali brzmień, klamrowo spinająca całe dzieło.
Instrumentalny "Suwany" na sukę i wiolo to temat lekko niepokojący, jakby lekko nietrzeźwy. W pewnym momencie nawet groźny... Lecz zaraz płynnie przechodzi w "Modlitwę gdy dziatki spać idą (Już się zmierzcha)". A w niej odczuwam nabożeństwo polifonii renesansu. Doskonałe odtworzenie czterogłosu Wacława z Szamotuł potwierdza tylko jak wybitnych muzyków mieliśmy i mamy w całej naszej historii.
"Oj lulaj lulaj" to kolejna z ulubionych. Po przesłuchaniu jej raz, odczułem niedosyt, więc przesłuchałem kolejno cztery razy i za każdym znów odkryłem coś innego. A po tych czterech razach temat tak mi się wrył, że już powstawały mi w głowie przeróżne wariacje i rozwinięcia. Kołysanka bo kołysanka, ale jakże inspirująca! :)
I znów płyta skończyła mi się za szybko... "Płonie ognisko i szumią knieje". Gdy dowiedziałem się że ten utwór pojawi się na płycie jakoś nie mogłem sobie wyobrazić fonicznie AMJ śpiewającej właśnie to... Ale byłem gotowy na niespodziankę... i oto ją dostałem. Utwór jest wyłącznie instrumentalny i zagrany przez Gonzalo Rubalcaba. Pełen przejęcia i doniosłości. Zwieńczenie godne takiej płyty. Trochę jak mistrzostwo "Polskich Dróg" w Upojeniu, ale tu jednak w innych emocjach.
I tak po kilkudziesięciu przesłuchaniach mogę śmiało rzec: Jeśli Polanna w założeniu miała przedstawić światu polską duszę muzyczną to ja jestem bezbrzeżnie dumny!
poniedziałek, 24 października 2011
Anna Maria Jopek - Sobremesa
Anna Maria Jopek w 2011 roku zaszalała i wydała trzy płyty na raz, a dodatkowo box zawierający wszystkie trzy oraz książkę-album. Jedną z nich jest Sobremesa to znaczy "deser". Na stronie Jo można przeczytać o tej płycie wiele oficjalności, ale ja pochylę się nad nią na swój sposób. Płyt wyczekiwałem już od długiego czasu, a gdy już wyszły, to biedny student nie miał na wszystkie pieniędzy. Na szczęście udało mi się spełnić choć część marzenia i oto zasłuchuję wzdłuż i wszerz Sobremesę.
Sobremesa wywołała we mnie tak wiele dobrych emocji, że nie jestem pewien czy uda mi się je wyrazić w tym poście. Z jednej strony tak świeża muzyka w twórczości AMJ, odmienna, z inną estetyką, z drugiej momentami czuć, że naturalnie wypływa z poprzednich doświadczeń i dokonań. To tak jakby nagle przebiec bardzo szybko z jednego punktu do drugiego, nie tracąc nic co się miało, a jednocześnie nabrać w ręce ogromną ilość nowości. Na każdym kroku Lizbońsko-Brazylijskie rytmy i szumiący jak morze język portugalski w ustach Ani i luzofońskich sław fado. To wszystko tworzy niepowtarzalny i bezprecedensowy klimat.
Płytę z marszu rozpoczyna utwór "Rua dos Remedios". Na swojej stronie Marcin Kydryński opowiada genezę powstania tekstu i lizbońskiego doświadczenia, a dla mnie piosenka wydaje się bardzo jednak intymna, prywatna, jakby delikatnie wprowadzająca nas w zadumany zachwyt, który musiał towarzyszyć twórcom. Chórki przywodzą na myśl leniwe, słoneczne popołudnie chylące się ku wieczorowi. I w dodatku ten lekko łkający temat w przejściu. Wspaniałe rozpoczęcie deseru. Niczym pierwszy kęs słodyczy.
Po chwili uderza nas dźwięk klarnetu i mocny salsoidalny rytm kolejnej piosenki "Tylko tak mogło być". Temat i warstwa perkusyjna same podrywają nogi do tańca. Jasny rytm w dźwięku i słowie przywodzą również motyw biegu. Nie od dziś wiadomo, że AMJ pasjonuje się bieganiem i w tej piosence jakoś udało się zawrzeć taką aurę. Może to dzięki rytmowi, może dzięki anaforycznej budowie zwrotek. Tekst ponadto jakby był pogodzeniem się i przyjęciem tu i teraz, ale nie biernym na nie czekaniem lecz aktywnym poszukiwaniem. Wspaniały głos Tito Parisa dialogującego z Anią dopełnia reszty. W deserze pojawiła się nutka limonki i kardamonu.
"Mae Negra" przywodzi mi na myśl nastrój wieczorno-nocny. Lekko zadymiony i przyśpiony. Pierwsza piosenka w szumiącym portugalskim. Mi kojarzy się z cha-cha habanera, przydymionym klubem, i ludźmi z przeszłością, którzy przypadkowo się tam spotkali i zatańczyli wyrażając wiele rzeczy bez użycia słów. Bardzo podoba mi się sekundowe zejście na fortepianie w refrenie. Barwy Ani i Paulo są tak różne, ale jednak znakomicie rozmawiają z sobą i stapiają się gdy trzeba. Kolejna łyżeczka deseru przyniosła ciemny smak gorzkiego kakao i szczypty imbiru.
"Lizbona, Moja Miłość" na początku lekko odstraszyła mnie wstępem z krótkim gwiżdżącym motywem, jednak przesłuchałem ją z którymś razem i okazało się, że zrobiłem błąd, że tyle czekałem. Ładna harmonia zwrotki i refrenu, ale muszę przyznać że Sara to w tej piosence największy atut. Jej lekki, aksamitny głos nadaje światła i radości całemu utworowi. Piosenka rozwija się i ostatni refren jest pięknie rozkręcony a dodatkowo chórek portugalski śpiewający po polsku to perełka ^^. Cały utwór ma posmak pistacji i wanilii co bardzo ładnie ubogaca deser.
Jeden z moich ulubionych momentów na całej płycie jak i w całej dyskografii AMJ [już teraz mogę to stwierdzić]. "Kananga Do Amor" ma oprócz subtelnej cha-chy w rytmie i ciemnego pianina, przecudnie uczuciowy tekst [jak się trochę poszpera to się znajdzie]. Dodatkowo przebogaty głos Yamiego sprawia, że wydaje mi się, że słucham pięknego i osobliwego wyznania miłości. Cała piosenka melodycznie jest przygaszona. To chyba dzięki przytłumionemu fortepianowi. Ładną przyprawą jest zakończenie utworu z dwoma partiami głosów, z których jeden to wokaliza. Kolejne kosztowanie deseru przyniosło smak syropu wiśniowego z czekoladą oraz szczyptą cynamonu.
"Noce Nad Rzeką" to smutny temat i kompletne przystanięcie na płycie. Melodia jednak bardzo miękka i przyjemna. Rzeczywiście czuć noc nad rzeką, skąd widać oświetlone miasto. Znów zwróciłem uwagę na piękny tekst. Ale to co mnie urzeka na tym przystanku to partia przytłumionej trąbki w środkowej części. Tkliwe pytanie na koniec utworu może poruszyć niejedno serce. Moje poruszyło. W deserze jest nawet szczypta soli.
Po uspokojeniu znów bardzo radosny akcent w dialogu "Ye Yo". Mi znów przywodzi latynoskie skojarzenie z cumbią lub merengue. Zwrotka jest o tyle fajnie skonstruowana że już myślisz że to refren, a tu niespodzianka, bo refren jest jeszcze bardziej szalony i radosny. AMJ brzmi ambiwalentnie. Trochę zachowawczo, ale jednak radośnie i tylko lekko szalenie. Ale już w duecie oba głosy bawią się muzyką i intonacją. Tak się rozochociłem, a tu piosenka się nagle kończy :) Do wspaniałej kompozycji dołączyły truskawki i brzoskwinie.
I znów zatrzymuję się na "Cabo Da Roca". To chyba mój ulubiony utwór na płycie. Na początku lekko zadziwiła mnie zmienna harmonia i zwrotki, i refrenu, ale muszę przyznać że było to pozytywne zaskoczenie. A szczególnie podoba mi się przejście ze zwrotki w refren. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że jadę samochodem z pobliskiej miejscowości nad skalisty przylądek. Coś takiego jest w tej piosence co przywodzi na myśl podróż. Ale oprócz podróży również ciekawość, gotowość na wyzwania, podekscytowanie, radość na samą myśl o wędrówce, wiele emocji towarzyszących podróżnikom. Tekst również przemawia do mnie metaforycznie, od strony tego co dalej, po życiu. Jest to niby akcent chłodnej mięty, która orzeźwia ciało, rozum i duszę. Przepiękne. Nie lękaj się tylko stawiaj żagle i płyń pewnie i odważnie! [nuci]
Jakże roztańczył mnie motyw z "Naanahanae"! Kiedyś już gdzieś ta piosenka się przewinęła. Ale ta wersja jest szalona, a po drugie przewrotnie gitarowy tekst przywodzi na myśl niejednoznaczne skojarzenia... :) Teraz do deseru dołączyły pomarańcze pełne słońca i słodyczy, ale i odpowiedniej energii... oraz... troszkę alkoholu co by nadać lekkiej pikanterii.
"Smuga Smutku" przemawia do mnie jedynie w deszcz. W otoczeniu tylu szalonych rytmów jakby się zabłąkała, ale doceniam i ten klimat. Refren przekonuje mnie bardziej i muzycznie, tekstowo-nostalgicznie. Piosenka smakuje mi pieczonymi jabłkami... :)
"Sodade" to trzeci mój ulubiony moment na płycie i kolejny, który zapamiętam na bardzo długo. Motyw Cesarii Evory zaśpiewany w tak cudownym duecie i w tej oprawie muzycznej, przenosi mnie do Rio w sam środek karnawału. Temat samby-guarachy w samym środku poprzedzający równie znakomite zwolnienie rozpala zmysły. I po zwolnieniu znów energetyzujący temat na głosy. Przewspaniały efekt. Ananasy i chilli!
"Spójrz, Przeminęło". Jakże przejmujące fado menor. Mocny, głęboki tekst z emocjonalną gitarą wyzwalają kolejne poruszenie wszystkich uczuć u słuchacza. Piosenka przywodzi mi na myśl motywy arabskie [co w sumie ma uzasadnienie w historii Półwyspu Iberyjskiego], ale również potęgę żywiołów i istotę przemijania. No cóż. Fado menor... Ma swój smak, którego nie umiem opisać. Jest jak sekretna przyprawa.
I nagle koniec płyty! Ostatni utwór to "Lizbona, Rio i Hawana" to według mnie idealne podsumowanie całości. W pewnym sensie łączy w sobie wszystkie składniki Sobremesy. Pouczający tekst i rytmiczna melodia zamykają deser niczym wisienka na czubku, choć mi ten utwór smakuje własnie Sobremesą explicite. Końcowa wokaliza dla mnie brzmi jak pożegnanie i głosowy odpowiednik machania ręką. Idealne zakończenie... :)
Jednym słowem płyta z wyśmienicie dobranymi składnikami, bogactwem smaków, kolorów i zapachów. Idealna na jesień i zimę... chociaż śmiem twierdzić, że parę utworów zrobiłoby sporą karierę jako utwory wakacyjne. :) Poprawia humor i skłania do tańca. Uwaga, może powodować niegroźne w skutkach uzależnienie objawiające się niekontrolowanym nuceniem utworów w miejscach przeróżnych.
Polecam, polecam, polecam!
Sobremesa wywołała we mnie tak wiele dobrych emocji, że nie jestem pewien czy uda mi się je wyrazić w tym poście. Z jednej strony tak świeża muzyka w twórczości AMJ, odmienna, z inną estetyką, z drugiej momentami czuć, że naturalnie wypływa z poprzednich doświadczeń i dokonań. To tak jakby nagle przebiec bardzo szybko z jednego punktu do drugiego, nie tracąc nic co się miało, a jednocześnie nabrać w ręce ogromną ilość nowości. Na każdym kroku Lizbońsko-Brazylijskie rytmy i szumiący jak morze język portugalski w ustach Ani i luzofońskich sław fado. To wszystko tworzy niepowtarzalny i bezprecedensowy klimat.
Płytę z marszu rozpoczyna utwór "Rua dos Remedios". Na swojej stronie Marcin Kydryński opowiada genezę powstania tekstu i lizbońskiego doświadczenia, a dla mnie piosenka wydaje się bardzo jednak intymna, prywatna, jakby delikatnie wprowadzająca nas w zadumany zachwyt, który musiał towarzyszyć twórcom. Chórki przywodzą na myśl leniwe, słoneczne popołudnie chylące się ku wieczorowi. I w dodatku ten lekko łkający temat w przejściu. Wspaniałe rozpoczęcie deseru. Niczym pierwszy kęs słodyczy.
Po chwili uderza nas dźwięk klarnetu i mocny salsoidalny rytm kolejnej piosenki "Tylko tak mogło być". Temat i warstwa perkusyjna same podrywają nogi do tańca. Jasny rytm w dźwięku i słowie przywodzą również motyw biegu. Nie od dziś wiadomo, że AMJ pasjonuje się bieganiem i w tej piosence jakoś udało się zawrzeć taką aurę. Może to dzięki rytmowi, może dzięki anaforycznej budowie zwrotek. Tekst ponadto jakby był pogodzeniem się i przyjęciem tu i teraz, ale nie biernym na nie czekaniem lecz aktywnym poszukiwaniem. Wspaniały głos Tito Parisa dialogującego z Anią dopełnia reszty. W deserze pojawiła się nutka limonki i kardamonu.
"Mae Negra" przywodzi mi na myśl nastrój wieczorno-nocny. Lekko zadymiony i przyśpiony. Pierwsza piosenka w szumiącym portugalskim. Mi kojarzy się z cha-cha habanera, przydymionym klubem, i ludźmi z przeszłością, którzy przypadkowo się tam spotkali i zatańczyli wyrażając wiele rzeczy bez użycia słów. Bardzo podoba mi się sekundowe zejście na fortepianie w refrenie. Barwy Ani i Paulo są tak różne, ale jednak znakomicie rozmawiają z sobą i stapiają się gdy trzeba. Kolejna łyżeczka deseru przyniosła ciemny smak gorzkiego kakao i szczypty imbiru.
"Lizbona, Moja Miłość" na początku lekko odstraszyła mnie wstępem z krótkim gwiżdżącym motywem, jednak przesłuchałem ją z którymś razem i okazało się, że zrobiłem błąd, że tyle czekałem. Ładna harmonia zwrotki i refrenu, ale muszę przyznać że Sara to w tej piosence największy atut. Jej lekki, aksamitny głos nadaje światła i radości całemu utworowi. Piosenka rozwija się i ostatni refren jest pięknie rozkręcony a dodatkowo chórek portugalski śpiewający po polsku to perełka ^^. Cały utwór ma posmak pistacji i wanilii co bardzo ładnie ubogaca deser.
Jeden z moich ulubionych momentów na całej płycie jak i w całej dyskografii AMJ [już teraz mogę to stwierdzić]. "Kananga Do Amor" ma oprócz subtelnej cha-chy w rytmie i ciemnego pianina, przecudnie uczuciowy tekst [jak się trochę poszpera to się znajdzie]. Dodatkowo przebogaty głos Yamiego sprawia, że wydaje mi się, że słucham pięknego i osobliwego wyznania miłości. Cała piosenka melodycznie jest przygaszona. To chyba dzięki przytłumionemu fortepianowi. Ładną przyprawą jest zakończenie utworu z dwoma partiami głosów, z których jeden to wokaliza. Kolejne kosztowanie deseru przyniosło smak syropu wiśniowego z czekoladą oraz szczyptą cynamonu.
"Noce Nad Rzeką" to smutny temat i kompletne przystanięcie na płycie. Melodia jednak bardzo miękka i przyjemna. Rzeczywiście czuć noc nad rzeką, skąd widać oświetlone miasto. Znów zwróciłem uwagę na piękny tekst. Ale to co mnie urzeka na tym przystanku to partia przytłumionej trąbki w środkowej części. Tkliwe pytanie na koniec utworu może poruszyć niejedno serce. Moje poruszyło. W deserze jest nawet szczypta soli.
Po uspokojeniu znów bardzo radosny akcent w dialogu "Ye Yo". Mi znów przywodzi latynoskie skojarzenie z cumbią lub merengue. Zwrotka jest o tyle fajnie skonstruowana że już myślisz że to refren, a tu niespodzianka, bo refren jest jeszcze bardziej szalony i radosny. AMJ brzmi ambiwalentnie. Trochę zachowawczo, ale jednak radośnie i tylko lekko szalenie. Ale już w duecie oba głosy bawią się muzyką i intonacją. Tak się rozochociłem, a tu piosenka się nagle kończy :) Do wspaniałej kompozycji dołączyły truskawki i brzoskwinie.
I znów zatrzymuję się na "Cabo Da Roca". To chyba mój ulubiony utwór na płycie. Na początku lekko zadziwiła mnie zmienna harmonia i zwrotki, i refrenu, ale muszę przyznać że było to pozytywne zaskoczenie. A szczególnie podoba mi się przejście ze zwrotki w refren. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że jadę samochodem z pobliskiej miejscowości nad skalisty przylądek. Coś takiego jest w tej piosence co przywodzi na myśl podróż. Ale oprócz podróży również ciekawość, gotowość na wyzwania, podekscytowanie, radość na samą myśl o wędrówce, wiele emocji towarzyszących podróżnikom. Tekst również przemawia do mnie metaforycznie, od strony tego co dalej, po życiu. Jest to niby akcent chłodnej mięty, która orzeźwia ciało, rozum i duszę. Przepiękne. Nie lękaj się tylko stawiaj żagle i płyń pewnie i odważnie! [nuci]
Jakże roztańczył mnie motyw z "Naanahanae"! Kiedyś już gdzieś ta piosenka się przewinęła. Ale ta wersja jest szalona, a po drugie przewrotnie gitarowy tekst przywodzi na myśl niejednoznaczne skojarzenia... :) Teraz do deseru dołączyły pomarańcze pełne słońca i słodyczy, ale i odpowiedniej energii... oraz... troszkę alkoholu co by nadać lekkiej pikanterii.
"Smuga Smutku" przemawia do mnie jedynie w deszcz. W otoczeniu tylu szalonych rytmów jakby się zabłąkała, ale doceniam i ten klimat. Refren przekonuje mnie bardziej i muzycznie, tekstowo-nostalgicznie. Piosenka smakuje mi pieczonymi jabłkami... :)
"Sodade" to trzeci mój ulubiony moment na płycie i kolejny, który zapamiętam na bardzo długo. Motyw Cesarii Evory zaśpiewany w tak cudownym duecie i w tej oprawie muzycznej, przenosi mnie do Rio w sam środek karnawału. Temat samby-guarachy w samym środku poprzedzający równie znakomite zwolnienie rozpala zmysły. I po zwolnieniu znów energetyzujący temat na głosy. Przewspaniały efekt. Ananasy i chilli!
"Spójrz, Przeminęło". Jakże przejmujące fado menor. Mocny, głęboki tekst z emocjonalną gitarą wyzwalają kolejne poruszenie wszystkich uczuć u słuchacza. Piosenka przywodzi mi na myśl motywy arabskie [co w sumie ma uzasadnienie w historii Półwyspu Iberyjskiego], ale również potęgę żywiołów i istotę przemijania. No cóż. Fado menor... Ma swój smak, którego nie umiem opisać. Jest jak sekretna przyprawa.
I nagle koniec płyty! Ostatni utwór to "Lizbona, Rio i Hawana" to według mnie idealne podsumowanie całości. W pewnym sensie łączy w sobie wszystkie składniki Sobremesy. Pouczający tekst i rytmiczna melodia zamykają deser niczym wisienka na czubku, choć mi ten utwór smakuje własnie Sobremesą explicite. Końcowa wokaliza dla mnie brzmi jak pożegnanie i głosowy odpowiednik machania ręką. Idealne zakończenie... :)
Jednym słowem płyta z wyśmienicie dobranymi składnikami, bogactwem smaków, kolorów i zapachów. Idealna na jesień i zimę... chociaż śmiem twierdzić, że parę utworów zrobiłoby sporą karierę jako utwory wakacyjne. :) Poprawia humor i skłania do tańca. Uwaga, może powodować niegroźne w skutkach uzależnienie objawiające się niekontrolowanym nuceniem utworów w miejscach przeróżnych.
Polecam, polecam, polecam!
czwartek, 1 września 2011
Regina Spektor - Begin To Hope
Najpierw usłyszałem ją w którejśtam czołówce TVN-u z dość przyjemnym utworem "Two birds". Potem było długo, długo nic, potem temat w "Księciu Kaspianie" na który za pierwszym razem nie zwróciłem uwagi [przeciwnie znów do reszty świata], potem znów długo nic.... i nagle mój kumpel wyskakuje z jej muzyką. Słucham słucham, ale jakoś ta muzyka mnie omijała. Kumpel podzielił się tym co miał i w chwili spokoju zacząłem zapoznawać się z Reginą.
Pierwsze na co zwróciłem uwagę to głos. Zwykle nie jest to coś, co rejestruję na samym początku, a tu właśnie było inaczej. Głos Reginy brzmi świetliście, nawet wtedy gdy śpiewa nisko. Barwa nie nabiera ciemniejszych odcieni w dolnym rejestrze i brzmi tak, że trudno to ominąć, brzmi przyciągająco i pociągająco, jednak tak naprawdę Regina brzmi lepiej w górach.
Co do samych kompozycji. Próżno szukać skomplikowanych harmonii, mnogości instrumentów, finzeyjnych ozdobników czy rozbudowanej formy. Całe piękno mieści się właśnie w prostocie aranżacyjnej. Zwykle słychać fortepian, perkusję i głos. Czasem dochodzi jeszcze gitara i... to wszystko. Kompozycje są jednak zaaranżowane w taki sposób, że te kilka instrumentów tworzy niepowtarzalny klimat. Całość spojona jest głosem artystki, który sam zastępuje efekty dźwiękowe i syntetyczne brzmienia.
Ta płyta jest bardzo lekka i powiedziałbym sympatyzująca z inteligentnym popem, indie-rockiem. Jednakże nie jest to ani jedno, ani drugie. Regina ma swój własny styl, który wzbudza we mnie same pozytywne emocje. Bardzo dobrą bazę do utworów stanowią inteligentne teksty, które nawet jeśli lekkie i powiedziałbym "z przymrużeniem oka" nawiązują do poważnych rzeczy. Zabawa słowem i znaczeniem jest ciągleobecna, również przez co płyta nabiera niepowtarzalnego charakteru.
Najbardziej pociągnęły mnie kilka utworów, o których kilka słów.
"Fidelity" z pianinem wyjętym z r'n'b i sympatyzującą z nim perkusją oraz dźwięko-słowo-zabawą Reginy w refrenie to utwór openingowy. bardzo ładnie wprowadzający nas w klimat, nie za ciężki ale też nie jakieś "finfi rinfi". "Samson" igra z tematem biblijnym ubierając go w intymną sytuację i proste słowa. Spokojna ballada z kojącą harmonią. "Apres-moi" to przeplatanka intensywnych forte i piano na fortepianie, wieloznacznego tekstu, gry słów oraz trzech języków, całość doprawiona efektami głosowymi. Gitarowo-perkusyjny młodzieńczo-buńczuczny temat "That time" urzeka innością na tej płycie. Najbardziej przypadł mi jednak do gustu utwór "Better" z atmosferą słońca, optymizmu, lekkości, niezależności, radości życia, pozytywnego nastawienia do drugiego człowieka.... Wolę wersję z teledysku [radio re-cut] lecz w każdej wersji połączenie instrumentów jest znakomite, a Regina brzmi jasno, radośnie, raz dziecięco, raz dojrzale, trochę niepoważnie ale z sygnałem, że to o czym śpiewa ma jednak większą wagę niż widać na pierwszy rzut oka...ucha. Całość dopełniona teledyskiem [dwoma teledyskami] z dwunastoma reginkami...Dla mnie bomba. :)
Płytę polecam każdemu na poprawę nastroju, na oddech, na uśmiech [nawet jeśli nie znacie angielskiego/francuskiego/rosyjskiego], na słoneczny odpoczynek i deszczową drogę do pracy/na uczelnię. Na każdy raz gdy nam smutno, lub gdy nie mamy gdzie umieścić radości :)
środa, 13 lipca 2011
Monika Brodka - Granda
W ostatnim czasie bardzo głośno o tej płycie. Już od samego początku byłem nią mocno zainteresowany. Monika Brodka po długim milczeniu i kilku płytach ze średnim popem wraca z repertuarem godnym zwyciężczyni Idola i artystki wysokiej klasy.
Ciekawe i porywające kompozycje sprawiają, że płyta podoba mi się od początku do końca. Zabawa głosem i flirt z instrumentami i językiem ludowym wkomponowane w nowoczesne brzmienia to ciekawe dodatki , bez których nie byłoby tego klimatu. Na płycie Monika śpiewa dużo wyżej niż na poprzednich płytach.
Pierwsza piosnka "Szysza" zaczyna się niecodzienną wokalizą, która od razu wprowadza lekki nastrój hippie, różowe okulary i kolorowe wstążki. Lekki utwór znakomicie otwierający przygodę z Grandą. W niepoważnym świecie i zwariowanych ludzkich drogach piosenka odnajduje się znakomicie.
Kolejny żywiołowy akcent to "Granda" i jej muzyka oparta na kontraście między gitarowym i głośnym refrenem, a elektronicznym i stanowczo kontrapunktowym klimatem zwrotki. Tekst o natręcie... ale podmiot piosenki taki wcale nie pierwszy lepszy. :) melodyjne wydarcia dopełniają tego wrażenia
"Krzyżówka dnia" to znów elektroniczna kompozycja z niebanalnym tekstem i niesamowicie wysoko zaśpiewanym refrenem. Opowiada dla mnie o odkrywaniu tej drugiej osoby... trudnej osoby. O rozgryzaniu jej.
Ociekająca namiętnością piosenka "Saute" to pierwsze spowolnienie na płycie. Ciekawe porównania sprawiają, że erotyzm nie jest jednak natrętny.
Kolejny utwór to instrumentalny "Hejnał" przywodzi mi na myśl wejściówkę jakiegoś programu informacyjnego w stylu "Wiadomości", po którym następuje dynamiczna i wesoła piosenka "W pięciu smakach" czuć w niej szybki rytm miasta i przestrzeń nieba, a to za sprawą znów wysokich chórków w przejściówce. Piosenka dość banalna przywodzi mi na myśl właśnie szybki dzień w Warszawie, który nie wiadomo czemu ma swój niepowtarzalny urok.
"Bez tytułu" to raczej kombinowanie z rytmami i słowami pełnymi abstrakcji dotyczącej własnego mózgu. Wszystko ubrane w elektronikę przywodzącą na myśl pracę maszyny...nie wiem czemu, ale kojarzy mi się to z kserokopiarką i komputerem. Oo.
Jedną z moich ulubionych piosenek jest utwór "K.O." o zmaganiu się z sobą, wewnętrzną walką, ale i też walką ze światem i nieprzychylnością. Wokalnie piosenka dość ciężka, znów zaśpiewana bardzo wysoko. Całość utrzymana w rytmie zouk i wypełniona gitarą. Me gusta :)
Dość intymnym wyznaniem jest utwór "Syberia". O codzienności dwóch osób, o czasie gdy zamiast gorącej namiętności jest zimno i nieprzyjemnie... Zakończenie może zbyt drastyczne.. ale dopełnia klimatu.
"Kropki kreski" to kompozycja tchnąca nowoczesnością, z powodzeniem można powiedzieć że na miarę zachodnią. Bardzo lubię bo sprawia, że nie tracę wiary w polską muzykę. I na koniec francuskie "Excipit" które jest świetną wisienką na czubku tego tortu. Niebotycznie wysoka końcowa wokaliza zostawia mnie zawsze kilkaset metrów nad ziemią.
Każdy tę płytę musi przesłuchać. Obowiązkowo!
Ciekawe i porywające kompozycje sprawiają, że płyta podoba mi się od początku do końca. Zabawa głosem i flirt z instrumentami i językiem ludowym wkomponowane w nowoczesne brzmienia to ciekawe dodatki , bez których nie byłoby tego klimatu. Na płycie Monika śpiewa dużo wyżej niż na poprzednich płytach.
Pierwsza piosnka "Szysza" zaczyna się niecodzienną wokalizą, która od razu wprowadza lekki nastrój hippie, różowe okulary i kolorowe wstążki. Lekki utwór znakomicie otwierający przygodę z Grandą. W niepoważnym świecie i zwariowanych ludzkich drogach piosenka odnajduje się znakomicie.
Kolejny żywiołowy akcent to "Granda" i jej muzyka oparta na kontraście między gitarowym i głośnym refrenem, a elektronicznym i stanowczo kontrapunktowym klimatem zwrotki. Tekst o natręcie... ale podmiot piosenki taki wcale nie pierwszy lepszy. :) melodyjne wydarcia dopełniają tego wrażenia
"Krzyżówka dnia" to znów elektroniczna kompozycja z niebanalnym tekstem i niesamowicie wysoko zaśpiewanym refrenem. Opowiada dla mnie o odkrywaniu tej drugiej osoby... trudnej osoby. O rozgryzaniu jej.
Ociekająca namiętnością piosenka "Saute" to pierwsze spowolnienie na płycie. Ciekawe porównania sprawiają, że erotyzm nie jest jednak natrętny.
Kolejny utwór to instrumentalny "Hejnał" przywodzi mi na myśl wejściówkę jakiegoś programu informacyjnego w stylu "Wiadomości", po którym następuje dynamiczna i wesoła piosenka "W pięciu smakach" czuć w niej szybki rytm miasta i przestrzeń nieba, a to za sprawą znów wysokich chórków w przejściówce. Piosenka dość banalna przywodzi mi na myśl właśnie szybki dzień w Warszawie, który nie wiadomo czemu ma swój niepowtarzalny urok.
"Bez tytułu" to raczej kombinowanie z rytmami i słowami pełnymi abstrakcji dotyczącej własnego mózgu. Wszystko ubrane w elektronikę przywodzącą na myśl pracę maszyny...nie wiem czemu, ale kojarzy mi się to z kserokopiarką i komputerem. Oo.
Jedną z moich ulubionych piosenek jest utwór "K.O." o zmaganiu się z sobą, wewnętrzną walką, ale i też walką ze światem i nieprzychylnością. Wokalnie piosenka dość ciężka, znów zaśpiewana bardzo wysoko. Całość utrzymana w rytmie zouk i wypełniona gitarą. Me gusta :)
Dość intymnym wyznaniem jest utwór "Syberia". O codzienności dwóch osób, o czasie gdy zamiast gorącej namiętności jest zimno i nieprzyjemnie... Zakończenie może zbyt drastyczne.. ale dopełnia klimatu.
"Kropki kreski" to kompozycja tchnąca nowoczesnością, z powodzeniem można powiedzieć że na miarę zachodnią. Bardzo lubię bo sprawia, że nie tracę wiary w polską muzykę. I na koniec francuskie "Excipit" które jest świetną wisienką na czubku tego tortu. Niebotycznie wysoka końcowa wokaliza zostawia mnie zawsze kilkaset metrów nad ziemią.
Każdy tę płytę musi przesłuchać. Obowiązkowo!
środa, 6 lipca 2011
Czesław Śpiewa - Debiut
Płyta tak niesamowicie absurdalna, że nie mogłem przejść obok niej obojętnie. Szczerze mówiąc gdy Polska zachwyciła się pierwszy raz Czesławem Mozilem w 2008-2009 roku, ja odniosłem się do niego raczej chłodno. Innymi słowy nie porwał mnie zbytnio. Fakt, usłyszałem jeden utwór w radiu, pomyślałem że może i ładna nutka ale całość sprawiała wrażenie lekkiej kakofonii treści. Minęło parę lat i nagle Czesław pojawił się w znanym show muzycznym jako juror. OK - myślę. Muzyk, ale w sumie z czego jest sławny? Nie czekając długo zabrałem się do odnalezienia jego muzyki i skosztowania jej. Efekt? Zauroczyła mnie jego twórczość, choć tak naprawdę najtrudniej było zrobić pierwszy gryz. Potem jednak okazało się, że danie jest wyrafinowane i wielosmakowe. Niezwykłą przyprawą jest fakt, że teksty na płytę powstały w wyniku niecodziennej burzy mózgów na jednym z czatów internetowych pod okiem współczesnego poety. Jednak to internauci tworzyli poszczególne wersy, co nadaje piosenkom powierzchniową absurdalność, jednak głębiej siedzi wiele sensów czekających na odkrycie.
Pierwszy utwór nosi tytuł "Ucieczka z wesołego miasteczka" i od samego początku w grę wprowadza nas mocne brzmienie akordeonu.. Głos Czesława - do którego skądinąd trzeba się przyzwyczaić - brzmi lekko płaczliwie, smutliwie... piosenka jednak nie porwała mnie zbytnio jak na utwór otwierający
Co innego jeśli chodzi o "Tyłem do przodka" - drugą piosenkę na płycie. Wykrzyczana niemal w całości przez tubę nagłaśniającą. Opowiada o... starości? śmierci? wykluczeniu? chyba o każdym po trochu. Tekst z przewrotnymi rymami i porównaniami... Muzyka nieskomplikowana, aczkolwiek końcowy motyw jest jednak dla ucha przyjemny.
"Maszynka do świerkania" była pierwszym singlem Czesława i wywołała we mnie wrażenia, które opisałem we wstępie. Nic więc dziwnego, że to od tego utworu zacząłem przesłuchiwać "Debiut". Muszę przyznać, że po długiej przerwie doceniłem ten utwór bardzo mocno. W warstwie melodycznej występuje tyle różnych tematów splątanych jedną harmonią, że musiałem przesłuchać wszystko parę razy aby odnaleźć każdą składową. Bardzo lubię ten utwór... mimo że znów o starości... przeszłości... niezrealizowanych marzeniach, straconych szansach, samotności... to jednak w gorzkim kontraście muzyka zdaje się unosić. Może nie fruwa między obłokami... ale jest jakby kilka centymetrów nad ziemią.
Wesoło zaczyna się "Żaba tonie w betonie" i mimo zawiłej historii i częstochowskich aczkolwiek uroczych rymów opowiada o takiej prawdziwej miłości... on się dla niej zanurza w beton, a potem biorą młotki czy tam co i się razem odkuwają z betonu... czyż to nie komicznie pozytywny obrazek? Można muzycznie wyróżnić dwie części. Sielankowy początek i poważniejszy koniec. Oba ładnie połączone, a każdy z osobna ma swój klimat. Pod koniec ładne chórki... i niezwykły basowy saksofon.
"Wesoły kapelusz" wbrew tytułowi nie mówi o szalonym kapeluszniku. Czesław śpiewa z perspektywy kobiety, beznadziejnie zakochanej... prawdopodobnie w swoim przyjacielu... a uczucie zdaje się nieodwzajemnione.
"Mieszko i Dobrawa..." to niesamowicie energiczna piosenka zahaczająca o punk. Historia pierwszych władców opowiedziana trochę z przymrużeniem oka... ale w sumie dlaczego miałoby tak nie być..? Znakomity wstęp :)
Dość smutna piosenka "Pożycie małżeńskie" zaśpiewana jest znów z perspektywy kobiety. Co się dzieje gdy w małżeństwie przychodzi kryzys, miłość [lub to co zdawało się być miłością] gdzieś się wypala, gubi.... Czesław znów bardziej śpiewa niż krzyczy. Temat muzyczny bardzo przyjemny dla ucha dzięki melodyjnemu łkaniu saksofonu i miarowemu rytmowi akordeonu. Uśmiech na pewno wzbudzi finał utworu oparty o dwa zdania.. a potem o cztery słowa powtarzane w niezmiennej sekwencji... no tak. Ale całość brzmi rewelacyjnie.
Bzdura jak mało która... chciałoby się rzec słuchając piosenki "Kradzież cukierka" ale o to właśnie chodzi chyba w tej piosence... jest kwintesencją absurdu jaki może wyprodukować internet... każdy chyba znajdzie inny sens. Ja znalazłem jakiś. Nie podaję by nie nakierować.
I kolejny spokojny akcent czyli "Język węża". Utwór oparty jest na wokalu, chórkach i fortepianie. Piosenka o tym co było na pierwszym przesłuchaniu na świecie... Ale równie dobrze o tym czego każdy doświadcza na co dzień - o pokusie i jej sprawcy.
Mocny akcent na koniec to "Efekt uboczny trzeźwości". O lenistwie, o mężczyźnie, o alkoholu [muzyka w pewnym momencie przypomina zataczanie] Świetnie wkomponowane instrumenty dęte i gitary... Przekaz ogólnie jest trochę demotywujący... ale całość brzmi bardzo dobrze.
A na sam koniec kakofonia dźwięków z całej płyty... Dosłownie KAKOFONIA.
Płyty tej warto spróbować choćby z ciekawości. Nie każdemu przypadnie ona do gustu, ale jednak nastraja pozytywnie i dodaje energii.
Pierwszy utwór nosi tytuł "Ucieczka z wesołego miasteczka" i od samego początku w grę wprowadza nas mocne brzmienie akordeonu.. Głos Czesława - do którego skądinąd trzeba się przyzwyczaić - brzmi lekko płaczliwie, smutliwie... piosenka jednak nie porwała mnie zbytnio jak na utwór otwierający
Co innego jeśli chodzi o "Tyłem do przodka" - drugą piosenkę na płycie. Wykrzyczana niemal w całości przez tubę nagłaśniającą. Opowiada o... starości? śmierci? wykluczeniu? chyba o każdym po trochu. Tekst z przewrotnymi rymami i porównaniami... Muzyka nieskomplikowana, aczkolwiek końcowy motyw jest jednak dla ucha przyjemny.
"Maszynka do świerkania" była pierwszym singlem Czesława i wywołała we mnie wrażenia, które opisałem we wstępie. Nic więc dziwnego, że to od tego utworu zacząłem przesłuchiwać "Debiut". Muszę przyznać, że po długiej przerwie doceniłem ten utwór bardzo mocno. W warstwie melodycznej występuje tyle różnych tematów splątanych jedną harmonią, że musiałem przesłuchać wszystko parę razy aby odnaleźć każdą składową. Bardzo lubię ten utwór... mimo że znów o starości... przeszłości... niezrealizowanych marzeniach, straconych szansach, samotności... to jednak w gorzkim kontraście muzyka zdaje się unosić. Może nie fruwa między obłokami... ale jest jakby kilka centymetrów nad ziemią.
Wesoło zaczyna się "Żaba tonie w betonie" i mimo zawiłej historii i częstochowskich aczkolwiek uroczych rymów opowiada o takiej prawdziwej miłości... on się dla niej zanurza w beton, a potem biorą młotki czy tam co i się razem odkuwają z betonu... czyż to nie komicznie pozytywny obrazek? Można muzycznie wyróżnić dwie części. Sielankowy początek i poważniejszy koniec. Oba ładnie połączone, a każdy z osobna ma swój klimat. Pod koniec ładne chórki... i niezwykły basowy saksofon.
"Wesoły kapelusz" wbrew tytułowi nie mówi o szalonym kapeluszniku. Czesław śpiewa z perspektywy kobiety, beznadziejnie zakochanej... prawdopodobnie w swoim przyjacielu... a uczucie zdaje się nieodwzajemnione.
"Mieszko i Dobrawa..." to niesamowicie energiczna piosenka zahaczająca o punk. Historia pierwszych władców opowiedziana trochę z przymrużeniem oka... ale w sumie dlaczego miałoby tak nie być..? Znakomity wstęp :)
Dość smutna piosenka "Pożycie małżeńskie" zaśpiewana jest znów z perspektywy kobiety. Co się dzieje gdy w małżeństwie przychodzi kryzys, miłość [lub to co zdawało się być miłością] gdzieś się wypala, gubi.... Czesław znów bardziej śpiewa niż krzyczy. Temat muzyczny bardzo przyjemny dla ucha dzięki melodyjnemu łkaniu saksofonu i miarowemu rytmowi akordeonu. Uśmiech na pewno wzbudzi finał utworu oparty o dwa zdania.. a potem o cztery słowa powtarzane w niezmiennej sekwencji... no tak. Ale całość brzmi rewelacyjnie.
Bzdura jak mało która... chciałoby się rzec słuchając piosenki "Kradzież cukierka" ale o to właśnie chodzi chyba w tej piosence... jest kwintesencją absurdu jaki może wyprodukować internet... każdy chyba znajdzie inny sens. Ja znalazłem jakiś. Nie podaję by nie nakierować.
I kolejny spokojny akcent czyli "Język węża". Utwór oparty jest na wokalu, chórkach i fortepianie. Piosenka o tym co było na pierwszym przesłuchaniu na świecie... Ale równie dobrze o tym czego każdy doświadcza na co dzień - o pokusie i jej sprawcy.
Mocny akcent na koniec to "Efekt uboczny trzeźwości". O lenistwie, o mężczyźnie, o alkoholu [muzyka w pewnym momencie przypomina zataczanie] Świetnie wkomponowane instrumenty dęte i gitary... Przekaz ogólnie jest trochę demotywujący... ale całość brzmi bardzo dobrze.
A na sam koniec kakofonia dźwięków z całej płyty... Dosłownie KAKOFONIA.
Płyty tej warto spróbować choćby z ciekawości. Nie każdemu przypadnie ona do gustu, ale jednak nastraja pozytywnie i dodaje energii.
wtorek, 5 lipca 2011
Anna Maria Jopek - Upojenie

To była pierwsza płyta, która wywołała we mnie tyle emocji i tyle skrajnych uczuć. To na tej płycie znajduje się utwór, który do dziś jest moim swoistym mottem życiowym. Niesamowity głos i muzyka, w której każda nuta jest jak neuroprzekaźnik. "Upojenie" to wspólny projekt Anny Marii Jopek i sławnego na całym świecie gitarzysty jazzowego Pata Metheny'ego. Na płycie znajdziemy starsze kompozycje instrumentalne, do których zaśpiewała AMJ, jak i całkiem nowe utwory, w których Pat zagrał gościnnie.
Na samym początku "Cichy zapada zmrok". Wielu z nas zna tę piosenkę z harcerskich ognisk, lub wieczorów oazowych... Ja pierwszy raz usłyszałem ją właśnie tu i na zawsze ta wersja będzie dla mnie ukochaną. Wstęp brzmi orientalnie-japońsko by po kilku dźwiękach doszły pasaże, które brzmią już bardziej swojsko. Jednakże klimat zwiewnej kultury wschodu utrzymuje się przez cały utwór dając wrażenie niesamowitej delikatności. Jaka szkoda, że Ania wykorzystała tylko jedną zwrotkę, lecz wykorzystując właśnie tę, wlała w nią dla mnie zarówno tęsknotę za Bogiem, za szczęściem, za przyjacielem, za miłością, za osobą, która odeszła.... tak wiele emocji w głosie... a gitara pomaga, jest tłem, ale i konstrukcją. Utwór zagrany ad libitum z szerokimi pauzami i zwolnieniami zarówno uspokaja, jak i pobudza... to nieśpieszny, lecz mimo to rozbudzający apetyt wstęp do całej płyty.
"Przypływ, odpływ, oddech czasu". Ta piosenka zaśpiewana niemal szeptem przez AMJ wypełniona jest przestrzenią, która zapełnia się w miarę jak się rozwija. Opiera się ona na dwóch strofach zaśpiewanych trzy razy. Za każdym razem dochodzi kolejny element aranżacji, co przywodzi na myśl ludzkie życie wypełniające się wieloma tematami i kończące się tak nagle... Jednocześnie muzycy nie gubią rytmu przywodzącego na myśl miarowy szum morza i drzew. Ten rytm nadaje piosence uspokajający i wyciszający charakter.
Kolejna piosenka to utwór, dzięki któremu w ogóle dowiedziałem się o istnieniu Anny Marii Jopek miałem w tedy jakieś 12 lat, a więc kończyłem podstawówkę. I nagle usłyszałem "Tam gdzie nie sięga wzrok". Piosenka wywarła na mnie niezacieralny ślad i stała się życiowym drogowskazem i pocieszeniem w niepowodzeniu. Wspaniała kompozycja Pata pod tytułem "Follow me" posłużyła jako budulec a Ania dodała wokal i chórki do tekstu. Efektem jest najbardziej dynamiczna piosenka na płycie, która od samego początku wyrywa nas z lekkiego rozmarzenia po poprzednim utworze. Piosenka, która twardo stawia na nogi i teledysk opierający się na motywie biegu, w którym Ania gra mały epizodzik z kawą... Całość wyszła zniewalająco niesamowicie. Na sam koniec chórek towarzyszący głównemu tematowi [którego nie ma w oryginalnym "Follow me"] oparty na pięciu nutach, które mimo mocno zróżnicowanej harmonii ciągle brzmią tak samo... tak jakby w różnorakiej harmonii życia wytyczały tę jedną drogę, jednocześnie znakomicie wpasowując się w nią...
"Biel" to kołysanka na zimowy wieczór, którą dwoje zakochanych nuci patrząc na padający spokojnie pierwszy śnieg, grzejąc się w przytulnym saloniku oświetlanym jedynie przez dopalający się kominek. Spokój i piękno tego obrazka emanuje w każdej nucie i każdym słowie napisanym przez Marcina Kydryńskiego - męża Ani. Rodzą się myśli o rzeczach wyższych i ważniejszych niż my sami. Piękny i spokojny utwór.
AMJ lubi bawić się z elementami ludowymi. Nie raz na jej płytach słychać aranżacje z rep. Mazowsza, lecz w utworze "Czarne słowa" mamy do czynienia z prywatnym eksperymentem artystki. Muzyka wcale do folkloru nie należy, ta ludowość bardziej uwidacznia się w tekście... dziewczyna kocha chłopca, który jej nie kocha, ona cierpi i płacze... rzewny w sumie temat oprawiony jednak w zgrabne słowa i muzykę tchnącą lasem, zimą, domem, modlitwą. Główny temat zwrotki jest przeplatany różnymi wokalizami, przez co temperament utworu ciągle się zmienia... jak zakochana kobieta. :)
"A letter from hope" to fortepianowe solo Leszka Możdżera, którego nie trzeba przedstawiać [jak ktoś nie zna to shame! i niech szybko to nadrobi] emocjonalne i pełne niuansów wykonawczych. Polecam na radosne uspokojenie... bo to przecież radosny utwór. Wcale nie musi być szybki.
"Are you going with me" pytają się twórcy w kolejnym utworze. Jest to zabawa dźwiękiem i głosem. Miałem pewne trudności z tym utworem na początku. Doceniłem go po kilku przesłuchaniach, w których dosłuchałem się wielu niuansów interpretacyjnych... ale i tak jest to utwór bardziej dla koneserów.
Kolejna piosenka to jakby zatrzymanie się nad wspomnieniami, nad sobą, nad zmianami, nad tym, co by było gdybym spotkał siebie, gdy byłem młody i dał parę rad na przyszłość... Ponadto w "Zupełnie inna ja" atmosfery, która jednak wyraża pogodzenie się z tym jak jest, i lekkiego uśmiechu do własnych myśli dodaje duet gitary i saksofonu.
Przewrotna muzycznie i tekstowo "Mania mienia" to bossa-nova z mylącym rytmicznie wstępem. Lekka ironia przejawiająca się w tekście i głosie Ani podkreśla problem poruszany w piosence. Gitarowe wstawki Pata umilają utwór, który w sumie gorzko piętnuje ludzki zachowanie. Harmonia w zwrotkach, jak ją nazywam "nostalgiczna" oparta na triadzie molowej i złamanych stopniach durowych dopełnia jeszcze wrażenia lekkiej złości i wytknięcia...
I znów następuje zwolnienie akcji... Rozmyślania nad życiem, zatrzymanie się nad chwilą, nad upływającym czasem, nad nieśpiesznym życiem, na wpuszczeniem Jego, który przewija się między wersami, chodź nigdy nie rzuca się w pierwszy plan. "By on był tu" to bardzo sielankowa piosenka, o odpoczynku, o zachwycie i przystanięciu.
"Upojenie" targane jest wszystkimi namiętnościami między dwojgiem ludzi. Wiersz Stanisława Grochowiaka - barokowy w formie erotyk, z plastycznymi metaforami Ania i Pat ubrali w przepiękny głos i muzykę przywodzącą na myśl zadymioną kawiarnie i to, co po niej następuję... [chyba wiemy, o co chodzi]... Tekst w sumie kończy się dość ponuro... ale nad całym utworem rozciąga się mgła miłosnego właśnie upojenia... pożądania, które podkreśla miękkie brzmienie gitary i saksofonu splatającego się razem w cudnym dialogu.
"Kołysanka dla Stasia" - przecudnie pozytywny utwór, który jeśli kiedyś będę miał dzieci, będę im śpiewać do kołyski. Znakomita muzyka dodaje elementu dzieciństwa, ale też poszukiwania i odkrywania, rozwoju [szczególnie ta zmiana tonacji]. Lubię wracać często do tego utworu - jest niezwyczajnie radosny i powiedziałbym "uśmiechnięty"
Ostatnim utworem wokalnym na płycie jest "Me jedyne niebo". Jest to utwór smutny, przepełniony pożegnaniem, które próbuje być trochę optymistyczne... ale jednak i tak jest bardzo smutne. Wyobrazić sobie można dwoje ludzi i jedno wyjeżdża daleko na długo. Można odnaleźć w solu Pata żałość i uczycie targające nimi... I końcowa fraza śpiewana rozdzierająco i smutno przez AMJ... a jednak utwór kończy się durowo... optymistycznie.
Deserem na płycie jest utwór "Polskie drogi" w wykonaniu Pata Metheny'ego... Majstersztyk. Nic więcej nie umiem napisać.
Polecam każdemu tę płytę może na ciepły wieczór letni... [akurat gdy piszę pada deszcz... na taką pogodę raczej nie] gdy słońce będzie się miało ku zachodowi... lub na listopadowy wietrzny dzień... lub na spokojną długą grudniową noc. Samemu lub z bliskim przy lampce dobrego wina... może kominku... może przy świecach, ale zawsze w ciszy i skupieniu, bo to taka płyta, która jednak zmusza do koncentracji nad każdym dźwiękiem i słowem. Ale nie zniechęcajcie się. Naprawdę warto.
Na samym początku "Cichy zapada zmrok". Wielu z nas zna tę piosenkę z harcerskich ognisk, lub wieczorów oazowych... Ja pierwszy raz usłyszałem ją właśnie tu i na zawsze ta wersja będzie dla mnie ukochaną. Wstęp brzmi orientalnie-japońsko by po kilku dźwiękach doszły pasaże, które brzmią już bardziej swojsko. Jednakże klimat zwiewnej kultury wschodu utrzymuje się przez cały utwór dając wrażenie niesamowitej delikatności. Jaka szkoda, że Ania wykorzystała tylko jedną zwrotkę, lecz wykorzystując właśnie tę, wlała w nią dla mnie zarówno tęsknotę za Bogiem, za szczęściem, za przyjacielem, za miłością, za osobą, która odeszła.... tak wiele emocji w głosie... a gitara pomaga, jest tłem, ale i konstrukcją. Utwór zagrany ad libitum z szerokimi pauzami i zwolnieniami zarówno uspokaja, jak i pobudza... to nieśpieszny, lecz mimo to rozbudzający apetyt wstęp do całej płyty.
"Przypływ, odpływ, oddech czasu". Ta piosenka zaśpiewana niemal szeptem przez AMJ wypełniona jest przestrzenią, która zapełnia się w miarę jak się rozwija. Opiera się ona na dwóch strofach zaśpiewanych trzy razy. Za każdym razem dochodzi kolejny element aranżacji, co przywodzi na myśl ludzkie życie wypełniające się wieloma tematami i kończące się tak nagle... Jednocześnie muzycy nie gubią rytmu przywodzącego na myśl miarowy szum morza i drzew. Ten rytm nadaje piosence uspokajający i wyciszający charakter.
Kolejna piosenka to utwór, dzięki któremu w ogóle dowiedziałem się o istnieniu Anny Marii Jopek miałem w tedy jakieś 12 lat, a więc kończyłem podstawówkę. I nagle usłyszałem "Tam gdzie nie sięga wzrok". Piosenka wywarła na mnie niezacieralny ślad i stała się życiowym drogowskazem i pocieszeniem w niepowodzeniu. Wspaniała kompozycja Pata pod tytułem "Follow me" posłużyła jako budulec a Ania dodała wokal i chórki do tekstu. Efektem jest najbardziej dynamiczna piosenka na płycie, która od samego początku wyrywa nas z lekkiego rozmarzenia po poprzednim utworze. Piosenka, która twardo stawia na nogi i teledysk opierający się na motywie biegu, w którym Ania gra mały epizodzik z kawą... Całość wyszła zniewalająco niesamowicie. Na sam koniec chórek towarzyszący głównemu tematowi [którego nie ma w oryginalnym "Follow me"] oparty na pięciu nutach, które mimo mocno zróżnicowanej harmonii ciągle brzmią tak samo... tak jakby w różnorakiej harmonii życia wytyczały tę jedną drogę, jednocześnie znakomicie wpasowując się w nią...
"Biel" to kołysanka na zimowy wieczór, którą dwoje zakochanych nuci patrząc na padający spokojnie pierwszy śnieg, grzejąc się w przytulnym saloniku oświetlanym jedynie przez dopalający się kominek. Spokój i piękno tego obrazka emanuje w każdej nucie i każdym słowie napisanym przez Marcina Kydryńskiego - męża Ani. Rodzą się myśli o rzeczach wyższych i ważniejszych niż my sami. Piękny i spokojny utwór.
AMJ lubi bawić się z elementami ludowymi. Nie raz na jej płytach słychać aranżacje z rep. Mazowsza, lecz w utworze "Czarne słowa" mamy do czynienia z prywatnym eksperymentem artystki. Muzyka wcale do folkloru nie należy, ta ludowość bardziej uwidacznia się w tekście... dziewczyna kocha chłopca, który jej nie kocha, ona cierpi i płacze... rzewny w sumie temat oprawiony jednak w zgrabne słowa i muzykę tchnącą lasem, zimą, domem, modlitwą. Główny temat zwrotki jest przeplatany różnymi wokalizami, przez co temperament utworu ciągle się zmienia... jak zakochana kobieta. :)
"A letter from hope" to fortepianowe solo Leszka Możdżera, którego nie trzeba przedstawiać [jak ktoś nie zna to shame! i niech szybko to nadrobi] emocjonalne i pełne niuansów wykonawczych. Polecam na radosne uspokojenie... bo to przecież radosny utwór. Wcale nie musi być szybki.
"Are you going with me" pytają się twórcy w kolejnym utworze. Jest to zabawa dźwiękiem i głosem. Miałem pewne trudności z tym utworem na początku. Doceniłem go po kilku przesłuchaniach, w których dosłuchałem się wielu niuansów interpretacyjnych... ale i tak jest to utwór bardziej dla koneserów.
Kolejna piosenka to jakby zatrzymanie się nad wspomnieniami, nad sobą, nad zmianami, nad tym, co by było gdybym spotkał siebie, gdy byłem młody i dał parę rad na przyszłość... Ponadto w "Zupełnie inna ja" atmosfery, która jednak wyraża pogodzenie się z tym jak jest, i lekkiego uśmiechu do własnych myśli dodaje duet gitary i saksofonu.
Przewrotna muzycznie i tekstowo "Mania mienia" to bossa-nova z mylącym rytmicznie wstępem. Lekka ironia przejawiająca się w tekście i głosie Ani podkreśla problem poruszany w piosence. Gitarowe wstawki Pata umilają utwór, który w sumie gorzko piętnuje ludzki zachowanie. Harmonia w zwrotkach, jak ją nazywam "nostalgiczna" oparta na triadzie molowej i złamanych stopniach durowych dopełnia jeszcze wrażenia lekkiej złości i wytknięcia...
I znów następuje zwolnienie akcji... Rozmyślania nad życiem, zatrzymanie się nad chwilą, nad upływającym czasem, nad nieśpiesznym życiem, na wpuszczeniem Jego, który przewija się między wersami, chodź nigdy nie rzuca się w pierwszy plan. "By on był tu" to bardzo sielankowa piosenka, o odpoczynku, o zachwycie i przystanięciu.
"Upojenie" targane jest wszystkimi namiętnościami między dwojgiem ludzi. Wiersz Stanisława Grochowiaka - barokowy w formie erotyk, z plastycznymi metaforami Ania i Pat ubrali w przepiękny głos i muzykę przywodzącą na myśl zadymioną kawiarnie i to, co po niej następuję... [chyba wiemy, o co chodzi]... Tekst w sumie kończy się dość ponuro... ale nad całym utworem rozciąga się mgła miłosnego właśnie upojenia... pożądania, które podkreśla miękkie brzmienie gitary i saksofonu splatającego się razem w cudnym dialogu.
"Kołysanka dla Stasia" - przecudnie pozytywny utwór, który jeśli kiedyś będę miał dzieci, będę im śpiewać do kołyski. Znakomita muzyka dodaje elementu dzieciństwa, ale też poszukiwania i odkrywania, rozwoju [szczególnie ta zmiana tonacji]. Lubię wracać często do tego utworu - jest niezwyczajnie radosny i powiedziałbym "uśmiechnięty"
Ostatnim utworem wokalnym na płycie jest "Me jedyne niebo". Jest to utwór smutny, przepełniony pożegnaniem, które próbuje być trochę optymistyczne... ale jednak i tak jest bardzo smutne. Wyobrazić sobie można dwoje ludzi i jedno wyjeżdża daleko na długo. Można odnaleźć w solu Pata żałość i uczycie targające nimi... I końcowa fraza śpiewana rozdzierająco i smutno przez AMJ... a jednak utwór kończy się durowo... optymistycznie.
Deserem na płycie jest utwór "Polskie drogi" w wykonaniu Pata Metheny'ego... Majstersztyk. Nic więcej nie umiem napisać.
Polecam każdemu tę płytę może na ciepły wieczór letni... [akurat gdy piszę pada deszcz... na taką pogodę raczej nie] gdy słońce będzie się miało ku zachodowi... lub na listopadowy wietrzny dzień... lub na spokojną długą grudniową noc. Samemu lub z bliskim przy lampce dobrego wina... może kominku... może przy świecach, ale zawsze w ciszy i skupieniu, bo to taka płyta, która jednak zmusza do koncentracji nad każdym dźwiękiem i słowem. Ale nie zniechęcajcie się. Naprawdę warto.
Intro
To miejsce na płyty i utwory które mnie poruszają, chodzą za mną, machają mi, czarują, zostają na dłużej lub są tylko przelotną, acz intensywną znajomością. Będzie kilka szablonów postów albo małe intro i wycieczka po każdej piosence, albo ogólny opis płyty [tych będzie pewnie więcej]. Potencjalny czytelnik dowie się co dzieje się w mojej głowie gdy słucham [tak metaforycznie się dowie i obrazowo] i przy okazji może też pozna parę ciekawych pozycji do przesłuchania [i zwróci uwagę na coś, czego wcześniej nie mógł uchwycić].
Miłego czytanio-słuchania.
Miłego czytanio-słuchania.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






