sobota, 4 lutego 2012

Coma - Bez tytułu [czerwony album]

Dziś o zespole który oswajałem wieloetapowo. Najpierw było zetknięcie w liceum jako niszowy zespół słuchany przez nieliczną i muszę przyznać raczej odlansowaną grupę. Potem moda na niszowo-łódzką Comę coraz bardziej rozprzestrzeniała się, a ja wciąż nie mogłem pojąć czemu. Dopiero po tym, jak kumpel podrzucił mi dwie pierwsze płyty mówiąc "Słuchaj, koleś naprawdę ma głos i łeb do tego wszystkiego". Tak zacząłem mozolnie przebijać się przez utwory które poziomem hałasu szybko mnie znużyły. Odłożyłem dlatego materiał na jakiś czas i wróciłem do niego po długiej przerwie. Okazało się że około roczna przerwa podziałała sprawiając, że moje nastawienie zmieniło się diametralnie.

Tym razem wrzucam na ruszt najnowszy materiał, na który Roguc z przyjaciółmi kazali czekać 3 lata [od "Hipertrofii" ukazały się płyty koncertowa, symfoniczna oraz angielska z dotychczasowym materiałem]. Płyta na początku niespecjalnie mnie przekonała, ale również ja sam nie potraktowałem jej odpowiednio. Dopiero teraz mając za sobą sesję i wszystkie studenckie sprawy, a przed sobą błogi odpoczynek postanowiłem odrobić zaległości.

Płytę charakteryzują jak zwykle wysoki poziom wykonania oraz mistrzowskie teksty. Wyczuwa się jednak pewną zmianę w charakterze samej muzyki. Jest jakby mniej głośna. Nadal jest to stara dobra Coma, ale momentami czuć romans z alternatywą, jest więcej melodii i nostalgii. Żeby nie było, nie oznacza to wcale, że płyta jest gorsza. Moim zdaniem właśnie przez to jest bogatsza.

Już pierwszy utwór "Białe krowy" brzmi inaczej. Pierwsza część zbudowana jest a la new age z harmonią opartą o jeden akord [C-dur] i wszystkie jego możliwe złamania. Dopiero końcówka zmienia charakter wprowadzając "brzmiącą zwycięsko" kombinację As-B-C. W pierwszym singlu "Pół na pół" znów mamy kolejny element łamiący konwencję "pure rock" tym razem jest to bardziej rozbudowana linia perkusyjna. Ktoś może zarzucić zbyt melodyczną warstwę wokalu, ale jest to plusem, ponieważ singiel jest krótki, treściwy i łatwo wpada w ucho.

Kolejne cztery utwory są ukłonem w stronę sceptyków rockowych eksperymentów i brzmią, tak jak Coma przyzwyczaiła swoich fanów. Polecam z nich żywiołową "Deszczową piosenkę". "0 Rh+" oraz "W chorym sadzie" są zbudowane ambiwalentnie. Ze w miarę spokojnych ballad przeradzają się nagle w utwory z mocnym rytmem i gitarami. Natomiast "Woda leży pod powierzchnią" urzeka prostą budową zwrotek i refrenu połączonych z plastycznymi metaforami i rymami. Ktoś znowu zarzuci zbytnią melodyczność, ale dla mnie jest to jeden z trzech najmocniejszych punktów płyty.

Stanowczą najmocniejszym momentem na płycie jest "Los, cebula i krokodyle łzy". Wspaniałe przesłanie w tej   rockowej jednak balladzie idzie w parze z melodią przypominającą trochę 30SecodndsToMars. Idealny utwór na koniec dnia lub na powszedniego doła. Znakomity teledysk jest kolejnym plusem. Śmiem twierdzić, że to jeden z najlepszych utworów zespołu jak dotąd i bez ceregieli wrzuciłbym go na ewentualny "The best of...". Ponadto pierwsze miejsce na liście przebojów Trójki o czymś świadczy. Utwór endingowy "Jutro" idealnie zamyka całość.

Płyta jest trochę inna niż poprzednie, ale chyba zespołowi temu taka płyta była potrzebna. Coma prezentuje oprócz świetnej muzyki, idealnych koncertów, niebanalności ciągły progres i kreatywność. Dlatego ich uwielbiam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz