Trzypłytowego wydawnictwa ciąg dalszy. Po moim prywatnym sukcesie Sobremesy miałem do wydania ostatnie 40 zł jakie miałem. Stanąłem przed dylematem Polanna czy Haiku. Haiku kusiło mnie swoją sławą doskonałości i nietypowego połączenia, Polanna natomiast bliskimi sercu klimatami. Stałem więc przed półką i patrzyłem jak głupi... W końcu zdecydowałem, że Haiku zostawię na koniec i wybrałem tym samym Polannę. I nie znając jeszcze klimatu Haiku mogę stwierdzić, że bardzo czekałem na Polannę... bardzo mocno. Jakże odnajduję się w tej muzyce! Podobnie jak na Sobremesie, czuję że ta muzyka gdzieś dojrzewała bardzo długo, odnajduje pewne rozwiązania epizodycznie pojawiające się na poprzednich płytach, jakieś małe niuanse, które teraz mogą znaleźć swoją część wspólną i pełny wydźwięk.
Płyta rozpoczyna się bardzo delikatnie. Niczym jasna poświata poranka, muskają uszy pierwsze dźwięki "Kiedy ranne wstają zorze". Temat znany z kościołów i kaplic AMJ ubrała w piękną muzyczną oprawę. Początek jest jak pierwsze chwile po obudzeniu, jeszcze pół na jawie pół we śnie niczym delikatne nieśpieszne rozpoczęcie dnia. Ta część jest prawie dokładnym tematem pieśni. Potem następują dwie wariacje. Pierwsza smutna, podniosła, poruszająca, ze złamaniem klasycznej harmonii, trochę przypomina nastrojem końcówkę "Wszystkich cnót" z Faratu. Druga radosna, skoczna, zakrzątana, niczym pierwsze promienie słońca, poranny pośpiech, ale i gotowość na wyzwania nowego dnia.
Drugi utwór to "Uciekaj, uciekaj". Zaaranżowany w bardzo ciekawy sposób. Pierwsze nuty są jeszcze w grzecznym metrum na 4, by po chwili przeobrazić się w niepokorne, buntownicze 5/4. Dzięki takiemu zabiegowi udało się zmieścić w tej piosence estetykę jazzu obok przestrzennych górskich tematów. Całość jest wypełniona znakomitym akompaniamentem i zadziornymi chórkami. Podoba mi się harmoniczne opracowanie zwrotek, przez co utwór zyskuje lekkości i ciekawości.
"Laura i Filon" to temat zaczerpnięty od Karpińskiego. Od razu dałem się uwieść nastrojowi ciepłego wieczoru przepełnionego wonią wieczornych kwiatów, i świeżości wieczornej rosy. Miękka wokaliza Filona-Soyki bardzo ładnie wkrada się w słowa przygotowującej się do wyjścia pięknej Laury [notabene i tak już spóźnionej :)]. Końcówka przywodzi mi na myśl spojrzenie dwojga ukochanych - Laura wdzięcznie spóźniona i Filon z lekkim rozbawieniem zapominający o tym...
"Rdzawe liście" muzycznie idealnie wpasowuje się w zaokienną pogodę jesieni. Odczuwam w tej piosence chłodny wiatr, i jesienny deszcz. Trochę przytłacza smutek przemijania [żaden z liści więcej już nie odrośnie na swym pniu poniesiony w chłodną dal nie powróci nigdy tu], przez co utwór nadal wydaje mi się chyba najcięższy w odbiorze na całej płycie
Osobliwie zaczyna się kolejna piosenka "Przychodź miły dzień już biały". Nawet gdybym nie wiedział że to Moniuszko, na pewno bym go z nią związał. Aranżacja z wyobraźnią i powiedziałbym odwagą. Dodatkowo mocne chórki obok delikatnej partii solowej.
Wyborne połączenie tematów Chopina i pieśni "Dziś do Ciebie przyjść nie mogę/Czerwone maki na Monte Cassino". Ania oddała całą żałość tych utworów i pięknie oprawiła muzycznie. Wokaliza na temat Maków może w niejednym poruszyć serce i wycisnąć łzę, lub choćby wzbudzić dreszcz. Natomiast w "Uwoż Mamo" podoba mi się nietypowa warstwa muzyczna, która trochę jakby pozostaje obok linii melodycznej, a jednak razem z nią tworzy spójną całość.
"Z tęsknoty. Kujawiak" To jeden z moich ulubionych punktów Polanny. Wiolonczela to mój ukochany pod względem brzmienia instrument... i jeszcze w tematach Wieniawskiego... ach. A już kompletnie rozkleiłem się przy śpiewie Ani... "Słyszę że jesteś tu, czuję Cię blisko..." ten tekst można odnieść do tak wielu znaczeń. Tęsknota za bliską osobą, która odeszła, tęsknota za kimś kto nie odwzajemnia naszych uczuć, w końcu tęsknota za Bogiem. Tak bogaty utwór a zaledwie 2 minuty 40 sekund. Niczym ukradkowe wyznanie.
"Poznałem dziewczyna" to na 100% moja ulubiona część. Z jednej strony rozpoczyna się spokojnie, tajemniczo, miłośnie... Ale to niepokojąco akcentowane metrum i instrumenty, które dołączają w trakcie już mówią, że coś się szykuje... I tu nagle od słów "Dobry wieczór miła..." zaczyna się dla mnie eksplozja muzyki i doskonałego zgrania. Część zagrana i zaśpiewana z pazurem, mocno, wielogłosowo, powiedziałbym nawet gorzko [co ma i uzasadnienie w tekście]... a zaraz świetne solówki na suce biłgorajskiej i akordeonie z jednej strony klasycznie ludowe, ale jednak mocno osadzone w nowoczesności. Partia akordeonu delikatnie kojarzy mi się ze stylistyką tango nuevo, ale to może tylko moje zboczenie... i końcówka, lekko wyprowadzająca z tej fali brzmień, klamrowo spinająca całe dzieło.
Instrumentalny "Suwany" na sukę i wiolo to temat lekko niepokojący, jakby lekko nietrzeźwy. W pewnym momencie nawet groźny... Lecz zaraz płynnie przechodzi w "Modlitwę gdy dziatki spać idą (Już się zmierzcha)". A w niej odczuwam nabożeństwo polifonii renesansu. Doskonałe odtworzenie czterogłosu Wacława z Szamotuł potwierdza tylko jak wybitnych muzyków mieliśmy i mamy w całej naszej historii.
"Oj lulaj lulaj" to kolejna z ulubionych. Po przesłuchaniu jej raz, odczułem niedosyt, więc przesłuchałem kolejno cztery razy i za każdym znów odkryłem coś innego. A po tych czterech razach temat tak mi się wrył, że już powstawały mi w głowie przeróżne wariacje i rozwinięcia. Kołysanka bo kołysanka, ale jakże inspirująca! :)
I znów płyta skończyła mi się za szybko... "Płonie ognisko i szumią knieje". Gdy dowiedziałem się że ten utwór pojawi się na płycie jakoś nie mogłem sobie wyobrazić fonicznie AMJ śpiewającej właśnie to... Ale byłem gotowy na niespodziankę... i oto ją dostałem. Utwór jest wyłącznie instrumentalny i zagrany przez Gonzalo Rubalcaba. Pełen przejęcia i doniosłości. Zwieńczenie godne takiej płyty. Trochę jak mistrzostwo "Polskich Dróg" w Upojeniu, ale tu jednak w innych emocjach.
I tak po kilkudziesięciu przesłuchaniach mogę śmiało rzec: Jeśli Polanna w założeniu miała przedstawić światu polską duszę muzyczną to ja jestem bezbrzeżnie dumny!
To miejsce na wszystkie moje muzyczne doznania, usłyszane, przesłuchane i odczute. To próba przekazania jak postrzegam muzykę i co we mnie ona wywołuje, jakie budzi skojarzenia. Recenzje płyt inaczej, by dać upust mojej szalonej psychice muzycznej
środa, 26 października 2011
poniedziałek, 24 października 2011
Anna Maria Jopek - Sobremesa
Anna Maria Jopek w 2011 roku zaszalała i wydała trzy płyty na raz, a dodatkowo box zawierający wszystkie trzy oraz książkę-album. Jedną z nich jest Sobremesa to znaczy "deser". Na stronie Jo można przeczytać o tej płycie wiele oficjalności, ale ja pochylę się nad nią na swój sposób. Płyt wyczekiwałem już od długiego czasu, a gdy już wyszły, to biedny student nie miał na wszystkie pieniędzy. Na szczęście udało mi się spełnić choć część marzenia i oto zasłuchuję wzdłuż i wszerz Sobremesę.
Sobremesa wywołała we mnie tak wiele dobrych emocji, że nie jestem pewien czy uda mi się je wyrazić w tym poście. Z jednej strony tak świeża muzyka w twórczości AMJ, odmienna, z inną estetyką, z drugiej momentami czuć, że naturalnie wypływa z poprzednich doświadczeń i dokonań. To tak jakby nagle przebiec bardzo szybko z jednego punktu do drugiego, nie tracąc nic co się miało, a jednocześnie nabrać w ręce ogromną ilość nowości. Na każdym kroku Lizbońsko-Brazylijskie rytmy i szumiący jak morze język portugalski w ustach Ani i luzofońskich sław fado. To wszystko tworzy niepowtarzalny i bezprecedensowy klimat.
Płytę z marszu rozpoczyna utwór "Rua dos Remedios". Na swojej stronie Marcin Kydryński opowiada genezę powstania tekstu i lizbońskiego doświadczenia, a dla mnie piosenka wydaje się bardzo jednak intymna, prywatna, jakby delikatnie wprowadzająca nas w zadumany zachwyt, który musiał towarzyszyć twórcom. Chórki przywodzą na myśl leniwe, słoneczne popołudnie chylące się ku wieczorowi. I w dodatku ten lekko łkający temat w przejściu. Wspaniałe rozpoczęcie deseru. Niczym pierwszy kęs słodyczy.
Po chwili uderza nas dźwięk klarnetu i mocny salsoidalny rytm kolejnej piosenki "Tylko tak mogło być". Temat i warstwa perkusyjna same podrywają nogi do tańca. Jasny rytm w dźwięku i słowie przywodzą również motyw biegu. Nie od dziś wiadomo, że AMJ pasjonuje się bieganiem i w tej piosence jakoś udało się zawrzeć taką aurę. Może to dzięki rytmowi, może dzięki anaforycznej budowie zwrotek. Tekst ponadto jakby był pogodzeniem się i przyjęciem tu i teraz, ale nie biernym na nie czekaniem lecz aktywnym poszukiwaniem. Wspaniały głos Tito Parisa dialogującego z Anią dopełnia reszty. W deserze pojawiła się nutka limonki i kardamonu.
"Mae Negra" przywodzi mi na myśl nastrój wieczorno-nocny. Lekko zadymiony i przyśpiony. Pierwsza piosenka w szumiącym portugalskim. Mi kojarzy się z cha-cha habanera, przydymionym klubem, i ludźmi z przeszłością, którzy przypadkowo się tam spotkali i zatańczyli wyrażając wiele rzeczy bez użycia słów. Bardzo podoba mi się sekundowe zejście na fortepianie w refrenie. Barwy Ani i Paulo są tak różne, ale jednak znakomicie rozmawiają z sobą i stapiają się gdy trzeba. Kolejna łyżeczka deseru przyniosła ciemny smak gorzkiego kakao i szczypty imbiru.
"Lizbona, Moja Miłość" na początku lekko odstraszyła mnie wstępem z krótkim gwiżdżącym motywem, jednak przesłuchałem ją z którymś razem i okazało się, że zrobiłem błąd, że tyle czekałem. Ładna harmonia zwrotki i refrenu, ale muszę przyznać że Sara to w tej piosence największy atut. Jej lekki, aksamitny głos nadaje światła i radości całemu utworowi. Piosenka rozwija się i ostatni refren jest pięknie rozkręcony a dodatkowo chórek portugalski śpiewający po polsku to perełka ^^. Cały utwór ma posmak pistacji i wanilii co bardzo ładnie ubogaca deser.
Jeden z moich ulubionych momentów na całej płycie jak i w całej dyskografii AMJ [już teraz mogę to stwierdzić]. "Kananga Do Amor" ma oprócz subtelnej cha-chy w rytmie i ciemnego pianina, przecudnie uczuciowy tekst [jak się trochę poszpera to się znajdzie]. Dodatkowo przebogaty głos Yamiego sprawia, że wydaje mi się, że słucham pięknego i osobliwego wyznania miłości. Cała piosenka melodycznie jest przygaszona. To chyba dzięki przytłumionemu fortepianowi. Ładną przyprawą jest zakończenie utworu z dwoma partiami głosów, z których jeden to wokaliza. Kolejne kosztowanie deseru przyniosło smak syropu wiśniowego z czekoladą oraz szczyptą cynamonu.
"Noce Nad Rzeką" to smutny temat i kompletne przystanięcie na płycie. Melodia jednak bardzo miękka i przyjemna. Rzeczywiście czuć noc nad rzeką, skąd widać oświetlone miasto. Znów zwróciłem uwagę na piękny tekst. Ale to co mnie urzeka na tym przystanku to partia przytłumionej trąbki w środkowej części. Tkliwe pytanie na koniec utworu może poruszyć niejedno serce. Moje poruszyło. W deserze jest nawet szczypta soli.
Po uspokojeniu znów bardzo radosny akcent w dialogu "Ye Yo". Mi znów przywodzi latynoskie skojarzenie z cumbią lub merengue. Zwrotka jest o tyle fajnie skonstruowana że już myślisz że to refren, a tu niespodzianka, bo refren jest jeszcze bardziej szalony i radosny. AMJ brzmi ambiwalentnie. Trochę zachowawczo, ale jednak radośnie i tylko lekko szalenie. Ale już w duecie oba głosy bawią się muzyką i intonacją. Tak się rozochociłem, a tu piosenka się nagle kończy :) Do wspaniałej kompozycji dołączyły truskawki i brzoskwinie.
I znów zatrzymuję się na "Cabo Da Roca". To chyba mój ulubiony utwór na płycie. Na początku lekko zadziwiła mnie zmienna harmonia i zwrotki, i refrenu, ale muszę przyznać że było to pozytywne zaskoczenie. A szczególnie podoba mi się przejście ze zwrotki w refren. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że jadę samochodem z pobliskiej miejscowości nad skalisty przylądek. Coś takiego jest w tej piosence co przywodzi na myśl podróż. Ale oprócz podróży również ciekawość, gotowość na wyzwania, podekscytowanie, radość na samą myśl o wędrówce, wiele emocji towarzyszących podróżnikom. Tekst również przemawia do mnie metaforycznie, od strony tego co dalej, po życiu. Jest to niby akcent chłodnej mięty, która orzeźwia ciało, rozum i duszę. Przepiękne. Nie lękaj się tylko stawiaj żagle i płyń pewnie i odważnie! [nuci]
Jakże roztańczył mnie motyw z "Naanahanae"! Kiedyś już gdzieś ta piosenka się przewinęła. Ale ta wersja jest szalona, a po drugie przewrotnie gitarowy tekst przywodzi na myśl niejednoznaczne skojarzenia... :) Teraz do deseru dołączyły pomarańcze pełne słońca i słodyczy, ale i odpowiedniej energii... oraz... troszkę alkoholu co by nadać lekkiej pikanterii.
"Smuga Smutku" przemawia do mnie jedynie w deszcz. W otoczeniu tylu szalonych rytmów jakby się zabłąkała, ale doceniam i ten klimat. Refren przekonuje mnie bardziej i muzycznie, tekstowo-nostalgicznie. Piosenka smakuje mi pieczonymi jabłkami... :)
"Sodade" to trzeci mój ulubiony moment na płycie i kolejny, który zapamiętam na bardzo długo. Motyw Cesarii Evory zaśpiewany w tak cudownym duecie i w tej oprawie muzycznej, przenosi mnie do Rio w sam środek karnawału. Temat samby-guarachy w samym środku poprzedzający równie znakomite zwolnienie rozpala zmysły. I po zwolnieniu znów energetyzujący temat na głosy. Przewspaniały efekt. Ananasy i chilli!
"Spójrz, Przeminęło". Jakże przejmujące fado menor. Mocny, głęboki tekst z emocjonalną gitarą wyzwalają kolejne poruszenie wszystkich uczuć u słuchacza. Piosenka przywodzi mi na myśl motywy arabskie [co w sumie ma uzasadnienie w historii Półwyspu Iberyjskiego], ale również potęgę żywiołów i istotę przemijania. No cóż. Fado menor... Ma swój smak, którego nie umiem opisać. Jest jak sekretna przyprawa.
I nagle koniec płyty! Ostatni utwór to "Lizbona, Rio i Hawana" to według mnie idealne podsumowanie całości. W pewnym sensie łączy w sobie wszystkie składniki Sobremesy. Pouczający tekst i rytmiczna melodia zamykają deser niczym wisienka na czubku, choć mi ten utwór smakuje własnie Sobremesą explicite. Końcowa wokaliza dla mnie brzmi jak pożegnanie i głosowy odpowiednik machania ręką. Idealne zakończenie... :)
Jednym słowem płyta z wyśmienicie dobranymi składnikami, bogactwem smaków, kolorów i zapachów. Idealna na jesień i zimę... chociaż śmiem twierdzić, że parę utworów zrobiłoby sporą karierę jako utwory wakacyjne. :) Poprawia humor i skłania do tańca. Uwaga, może powodować niegroźne w skutkach uzależnienie objawiające się niekontrolowanym nuceniem utworów w miejscach przeróżnych.
Polecam, polecam, polecam!
Sobremesa wywołała we mnie tak wiele dobrych emocji, że nie jestem pewien czy uda mi się je wyrazić w tym poście. Z jednej strony tak świeża muzyka w twórczości AMJ, odmienna, z inną estetyką, z drugiej momentami czuć, że naturalnie wypływa z poprzednich doświadczeń i dokonań. To tak jakby nagle przebiec bardzo szybko z jednego punktu do drugiego, nie tracąc nic co się miało, a jednocześnie nabrać w ręce ogromną ilość nowości. Na każdym kroku Lizbońsko-Brazylijskie rytmy i szumiący jak morze język portugalski w ustach Ani i luzofońskich sław fado. To wszystko tworzy niepowtarzalny i bezprecedensowy klimat.
Płytę z marszu rozpoczyna utwór "Rua dos Remedios". Na swojej stronie Marcin Kydryński opowiada genezę powstania tekstu i lizbońskiego doświadczenia, a dla mnie piosenka wydaje się bardzo jednak intymna, prywatna, jakby delikatnie wprowadzająca nas w zadumany zachwyt, który musiał towarzyszyć twórcom. Chórki przywodzą na myśl leniwe, słoneczne popołudnie chylące się ku wieczorowi. I w dodatku ten lekko łkający temat w przejściu. Wspaniałe rozpoczęcie deseru. Niczym pierwszy kęs słodyczy.
Po chwili uderza nas dźwięk klarnetu i mocny salsoidalny rytm kolejnej piosenki "Tylko tak mogło być". Temat i warstwa perkusyjna same podrywają nogi do tańca. Jasny rytm w dźwięku i słowie przywodzą również motyw biegu. Nie od dziś wiadomo, że AMJ pasjonuje się bieganiem i w tej piosence jakoś udało się zawrzeć taką aurę. Może to dzięki rytmowi, może dzięki anaforycznej budowie zwrotek. Tekst ponadto jakby był pogodzeniem się i przyjęciem tu i teraz, ale nie biernym na nie czekaniem lecz aktywnym poszukiwaniem. Wspaniały głos Tito Parisa dialogującego z Anią dopełnia reszty. W deserze pojawiła się nutka limonki i kardamonu.
"Mae Negra" przywodzi mi na myśl nastrój wieczorno-nocny. Lekko zadymiony i przyśpiony. Pierwsza piosenka w szumiącym portugalskim. Mi kojarzy się z cha-cha habanera, przydymionym klubem, i ludźmi z przeszłością, którzy przypadkowo się tam spotkali i zatańczyli wyrażając wiele rzeczy bez użycia słów. Bardzo podoba mi się sekundowe zejście na fortepianie w refrenie. Barwy Ani i Paulo są tak różne, ale jednak znakomicie rozmawiają z sobą i stapiają się gdy trzeba. Kolejna łyżeczka deseru przyniosła ciemny smak gorzkiego kakao i szczypty imbiru.
"Lizbona, Moja Miłość" na początku lekko odstraszyła mnie wstępem z krótkim gwiżdżącym motywem, jednak przesłuchałem ją z którymś razem i okazało się, że zrobiłem błąd, że tyle czekałem. Ładna harmonia zwrotki i refrenu, ale muszę przyznać że Sara to w tej piosence największy atut. Jej lekki, aksamitny głos nadaje światła i radości całemu utworowi. Piosenka rozwija się i ostatni refren jest pięknie rozkręcony a dodatkowo chórek portugalski śpiewający po polsku to perełka ^^. Cały utwór ma posmak pistacji i wanilii co bardzo ładnie ubogaca deser.
Jeden z moich ulubionych momentów na całej płycie jak i w całej dyskografii AMJ [już teraz mogę to stwierdzić]. "Kananga Do Amor" ma oprócz subtelnej cha-chy w rytmie i ciemnego pianina, przecudnie uczuciowy tekst [jak się trochę poszpera to się znajdzie]. Dodatkowo przebogaty głos Yamiego sprawia, że wydaje mi się, że słucham pięknego i osobliwego wyznania miłości. Cała piosenka melodycznie jest przygaszona. To chyba dzięki przytłumionemu fortepianowi. Ładną przyprawą jest zakończenie utworu z dwoma partiami głosów, z których jeden to wokaliza. Kolejne kosztowanie deseru przyniosło smak syropu wiśniowego z czekoladą oraz szczyptą cynamonu.
"Noce Nad Rzeką" to smutny temat i kompletne przystanięcie na płycie. Melodia jednak bardzo miękka i przyjemna. Rzeczywiście czuć noc nad rzeką, skąd widać oświetlone miasto. Znów zwróciłem uwagę na piękny tekst. Ale to co mnie urzeka na tym przystanku to partia przytłumionej trąbki w środkowej części. Tkliwe pytanie na koniec utworu może poruszyć niejedno serce. Moje poruszyło. W deserze jest nawet szczypta soli.
Po uspokojeniu znów bardzo radosny akcent w dialogu "Ye Yo". Mi znów przywodzi latynoskie skojarzenie z cumbią lub merengue. Zwrotka jest o tyle fajnie skonstruowana że już myślisz że to refren, a tu niespodzianka, bo refren jest jeszcze bardziej szalony i radosny. AMJ brzmi ambiwalentnie. Trochę zachowawczo, ale jednak radośnie i tylko lekko szalenie. Ale już w duecie oba głosy bawią się muzyką i intonacją. Tak się rozochociłem, a tu piosenka się nagle kończy :) Do wspaniałej kompozycji dołączyły truskawki i brzoskwinie.
I znów zatrzymuję się na "Cabo Da Roca". To chyba mój ulubiony utwór na płycie. Na początku lekko zadziwiła mnie zmienna harmonia i zwrotki, i refrenu, ale muszę przyznać że było to pozytywne zaskoczenie. A szczególnie podoba mi się przejście ze zwrotki w refren. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że jadę samochodem z pobliskiej miejscowości nad skalisty przylądek. Coś takiego jest w tej piosence co przywodzi na myśl podróż. Ale oprócz podróży również ciekawość, gotowość na wyzwania, podekscytowanie, radość na samą myśl o wędrówce, wiele emocji towarzyszących podróżnikom. Tekst również przemawia do mnie metaforycznie, od strony tego co dalej, po życiu. Jest to niby akcent chłodnej mięty, która orzeźwia ciało, rozum i duszę. Przepiękne. Nie lękaj się tylko stawiaj żagle i płyń pewnie i odważnie! [nuci]
Jakże roztańczył mnie motyw z "Naanahanae"! Kiedyś już gdzieś ta piosenka się przewinęła. Ale ta wersja jest szalona, a po drugie przewrotnie gitarowy tekst przywodzi na myśl niejednoznaczne skojarzenia... :) Teraz do deseru dołączyły pomarańcze pełne słońca i słodyczy, ale i odpowiedniej energii... oraz... troszkę alkoholu co by nadać lekkiej pikanterii.
"Smuga Smutku" przemawia do mnie jedynie w deszcz. W otoczeniu tylu szalonych rytmów jakby się zabłąkała, ale doceniam i ten klimat. Refren przekonuje mnie bardziej i muzycznie, tekstowo-nostalgicznie. Piosenka smakuje mi pieczonymi jabłkami... :)
"Sodade" to trzeci mój ulubiony moment na płycie i kolejny, który zapamiętam na bardzo długo. Motyw Cesarii Evory zaśpiewany w tak cudownym duecie i w tej oprawie muzycznej, przenosi mnie do Rio w sam środek karnawału. Temat samby-guarachy w samym środku poprzedzający równie znakomite zwolnienie rozpala zmysły. I po zwolnieniu znów energetyzujący temat na głosy. Przewspaniały efekt. Ananasy i chilli!
"Spójrz, Przeminęło". Jakże przejmujące fado menor. Mocny, głęboki tekst z emocjonalną gitarą wyzwalają kolejne poruszenie wszystkich uczuć u słuchacza. Piosenka przywodzi mi na myśl motywy arabskie [co w sumie ma uzasadnienie w historii Półwyspu Iberyjskiego], ale również potęgę żywiołów i istotę przemijania. No cóż. Fado menor... Ma swój smak, którego nie umiem opisać. Jest jak sekretna przyprawa.
I nagle koniec płyty! Ostatni utwór to "Lizbona, Rio i Hawana" to według mnie idealne podsumowanie całości. W pewnym sensie łączy w sobie wszystkie składniki Sobremesy. Pouczający tekst i rytmiczna melodia zamykają deser niczym wisienka na czubku, choć mi ten utwór smakuje własnie Sobremesą explicite. Końcowa wokaliza dla mnie brzmi jak pożegnanie i głosowy odpowiednik machania ręką. Idealne zakończenie... :)
Jednym słowem płyta z wyśmienicie dobranymi składnikami, bogactwem smaków, kolorów i zapachów. Idealna na jesień i zimę... chociaż śmiem twierdzić, że parę utworów zrobiłoby sporą karierę jako utwory wakacyjne. :) Poprawia humor i skłania do tańca. Uwaga, może powodować niegroźne w skutkach uzależnienie objawiające się niekontrolowanym nuceniem utworów w miejscach przeróżnych.
Polecam, polecam, polecam!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

